Spis treści
Data publikacji: 30 maja 2025, ostatnia aktualizacja: 13 lipca 2025.
Zapisał się złotymi literami w historii boksu. Do dziś pozostaje symbolem niezłomności i waleczności. Jego sportowa kariera jest świadectwem niesamowitego talentu, determinacji i ducha sportowej rywalizacji.
Ringowe początki
Jerzy Zdzisław Kulej przyszedł na świat 19 października 1940 roku w Częstochowie. Dorastał w dzielnicy Ostatni Grosz, w robotniczej rodzinie, gdzie nauczył się ciężkiej pracy i wytrwałości. Pierwsze kroki w sporcie stawiał w pływaniu, lekkoatletyce i łyżwiarstwie szybkim, lecz to boks stał się jego przeznaczeniem.
– Był w mojej klasie taki Henio, najsilniejszy chłopak, który rządził na każdym kroku – opowiadał w swojej autobiografii pt. „Dwie strony medalu”. – Również chciałem zaistnieć, dlatego kupiłem książkę „ABC boksu” i nauczyłem się podstaw tej dyscypliny. Na długiej przerwie wywołałem z Heniem sprzeczkę, szybko zrobiono nam miejsce pod tablicą. Rywal mnie złapał, a ja zrobiłem krok w tył i lewym prostym uderzyłem go w nos. Potem jeszcze powtórzyłem akcję parę razy. Następnego dnia jego matka nie chciała uwierzyć, że właśnie ja pobiłem jej syna.
Prawdziwa przygoda Jerzego Kuleja z szermierką na pięści rozpoczęła się, gdy miał 15 lat i trafił do sali miejscowego klubu Start, gdzie pod okiem trenera Wincentego Szyińskiego zaczął doskonalić swoje umiejętności. Szybko stało się jasne, że młodzieniec ma ogromny talent. Jego zapał, determinacja i niespotykana wola walki wyróżniały go na tle rówieśników.
– Był moim pierwszym opiekunem – wspominał w audycji „Muzyka i aktualności” na antenie Polskiego Radia. – Zawdzięczam mu bardzo dużo. Przygarnął mnie po ojcowsku. Jego małżeństwo było bezdzietne, stąd może ta wnikliwa opieka.

Olimpijskie wojaże
Wielki przełom w karierze Jerzego Kuleja nastąpił w 1958 roku, kiedy to zadebiutował w reprezentacji Polski prowadzonej przez legendarnego Feliksa „Papę” Stamma. To właśnie pod jego opieką osiągnął swoje największe sukcesy. W 1963 roku, podczas mistrzostw Europy w Moskwie, zdobył złoty medal w kategorii lekkopółśredniej, pokonując w finale Aloizsa Tumiņša – broniącego tytułu reprezentanta ZSRR. Rok później, na igrzyskach olimpijskich w Tokio, wygrał w finale z kolejnym radzieckim zawodnikiem, Jewgienijem Frołowem, zdobywając swój pierwszy złoty medal olimpijski.
– Pojedynek o złoty medal z Frołowem był rewanżem za przegraną stosunkiem głosów w styczniu 1964 roku w meczu ZSRR – Polska – wrócił do tamtych chwil podczas uroczystości z okazji swoich siedemdziesiątych urodzin. – Stamm widząc moje zdenerwowanie w Tokio wziął mnie za rękę i spytał: „Coś taki spięty? Chodź na spacer”. Mówił mi, że to moja wielka szansa, że w Moskwie nie przegrałem i trzeba Frołowa zaskoczyć. „Zmieniamy twój styl walki. Tym razem nie zaatakujesz, a poczekasz na jego ofensywę”, wyjaśniał „Papa”. Byłem znany z tego, że idę do przodu, a tymczasem miałem udawać kogoś, kto się boi.
Jerzy Kulej nie poprzestał na jednym olimpijskim triumfie. W 1968 roku, na igrzyskach w Meksyku, ponownie sięgnął po złoto, pokonując w finale kubańskiego pięściarza Enrique Regüeiferosa. Był jedynym polskim bokserem, który zdobył dwa złote krążki olimpijskie. Do tego nigdy nie leżał na deskach. Jego bilans walk to imponujące 317 zwycięstw na 348 stoczonych pojedynków.
– W drugiej rundzie dostałem taką lufę, że zapomniałem, gdzie jestem. Widziałem jedynie czarną plamę – opowiada o finałowej potyczce w Meksyku, w której zwyciężył 3:2. – Udało się przetrwać kryzys, dotrwać do gongu oznaczającego koniec walki i w napięciu czekaliśmy na werdykt. Siedzący obok sędziego głównego zawodów polski działacz Roman Lisowski miał umówiony ze Stammem znak – jeśli Polak przegrał, to pochylał się nad papierami, a jeśli wygrał, wówczas siedział wyprostowany. I… siedział wyprostowany.

Bójka pod kinem
Kulej nie tylko dominował na arenach międzynarodowych, ale także na krajowym podwórku. W latach 1961-1970 aż ośmiokrotnie zdobywał tytuł mistrza Polski. Jego styl walki, charakteryzujący się nieustanną ofensywą i niezwykłą wytrzymałością, sprawiał że rywale często nie byli w stanie sprostać jego tempu. Dosłownie zamęczał swoich przeciwników między linami, nigdy nie pozwalając im na chwilę wytchnienia.
Jerzy Kulej był zadziorny nie tylko na ringu, ale i poza nim. Doskonałym tego przykładem była bójka, która miała miejsce w 1968 roku, po zakończeniu zgrupowania przedolimpijskiego w Zakopanem. Pięściarz wraz z kolegami wdał się w konflikt z miejscowymi góralami pod kinem „Giewont”. Bitka ta odbiła się szerokim echem w całym kraju, a jej konsekwencje mogły być bardzo poważne. Komendant stołecznej milicji, w której Kulej służył w stopniu podporucznika, dał zawodnikowi ultimatum: zdobycie złotego medalu na igrzyskach w Meksyku albo sąd, degradacja i usunięcie ze służby.
– Goniłem jednego z nich. Nie wiedziałem, że to milicjant – wspomina. – Dopadłem go tuż przed komisariatem vis-a-vis hotelu Giewont, gdzie z pomocą ruszyli mu koledzy. Bili mnie i kopali, choć krzyczałem, że swojego biją. Porozbijali mi pałkami ledwo zagojone rany na twarzy, urwali ucho. Gdyby mi go szybko nie przyszyli, wyglądałbym jak Van Gogh.
Człowiek wielu talentów
Po zakończeniu kariery sportowej Jerzy Kulej nie przestał być aktywny. Pracował jako trener, komentator sportowy, a także próbował swoich sił w polityce. Był posłem na Sejm RP w latach 2001-2005, reprezentując Sojusz Lewicy Demokratycznej. Pasja do boksu i zaangażowanie w rozwój sportu były widoczne do końca jego życia.
Kulej był również związany z kinem. Wystąpił w kultowym filmie Marka Piwowskiego „Przepraszam, czy tu biją?” (1976), gdzie zagrał inspektora Jerzego Milde. Pracował także jako konsultant, dbając o realistyczne przedstawienie walk w filmie „Ogniem i mieczem”.
Miał dwie żony, Helenę i Krystynę, a do tego był w wieloletnim związku z Alicją. Owocem jego pierwszego małżeństwa jest syn Waldemar.

Niezapomniany wojownik
Niestety, jak to bywa w przypadku pięściarzy, wieloletnie występy na ringu odcisnęły swoje piętno na zdrowiu Jerzego Kuleja. W 2011 roku doznał zawału serca i udaru mózgu, które wprowadziły go w śpiączkę na 10 dni. Choć udało mu się z tego wyjść, później przyszło mu zmierzyć się z kolejną ciężką chorobą – nowotworem. Czerniak oka okazał się być przeciwnikiem, który 13 lipca 2012 roku zakończył życie tego niezwykłego człowieka.
Jerzy Kulej odszedł z tego świata, ale w sercach kibiców pięściarstwa wciąż żyje. Jego nieustępliwość, odwaga i niezwykła umiejętność przetrwania w najtrudniejszych momentach inspirują kolejne pokolenia sportowców. Był człowiekiem, który nigdy się nie poddawał. Jego historia to nie tylko opowieść o wielkich sportowych sukcesach, ale przede wszystkim o niezłomnym duchu, który nigdy nie pozwolił mu upaść.
Choć nie zawsze był uosobieniem cnót, dziś wspominamy Jerzego Kuleja z szacunkiem i podziwem. Jego osiągnięcia pozostaną na zawsze w pamięci wszystkich, którzy kochają sport i cenią prawdziwe wartości.
Foto: alamy.com
- Jana Novotná. Najpiękniejsze triumfy rodzą się z bólu - 15 listopada 2025
- Peter Prevc. Sportowiec, dla którego sukces to coś więcej niż medale - 10 listopada 2025
- Erik Gundersen. Mistrz, który nigdy się nie poddał - 8 listopada 2025



