Wilt Chamberlain – milioner i kobieciarz

Wilt Chamberlain

Data publikacji: 20 grudnia 2014, ostatnia aktualizacja: 18 lutego 2025.

Wilt Chamberlain zawsze nosił przy sobie od pięciu do dziesięciu tysięcy dolarów w gotówce. – Kto mnie napadnie?! – pytał retorycznie. Racja, mało kto miałby odwagę zaatakować faceta o jego posturze.

Filadelfijczyk

Filadelfia to największe miasto stanu Pensylwania i piąte co do wielkości w całych Stanach Zjednoczonych. Metropolia kojarzona jest głównie z osobą wybitnego polityka Benjamina Franklina, jednak 21 sierpnia 1936 roku narodziła się tu również ikona basketu – niejaki Wilton Norman Chamberlain. Wilt, jak na niego wołano, miał aż ośmioro rodzeństwa – dwóch braci i sześć sióstr. Nie był najmłodszą, ani najstarszą pociechą Olivii oraz Williama. Przyszedł na świat jako szósty z kolei. Rodzice ciężko harowali, żeby wyżywić familię – ojciec pracował jako dozorca, a matka była zatrudniona jako pomoc domowa. Chamberlainowie, choć byli czarnoskórzy, to nie mieszkali w slumsach, a w dzielnicy dla niższej klasy średniej. – Tata Wilta był fajnym kolesiem, ale trochę biernym – opowiada Cecil Mosenson, licealny trener legendarnego centra. – Kiedy bywałem w ich domu, mama zajmowała się wszystkim. Była trochę nadpobudliwa, oczywiście w pozytywnym znaczeniu tego słowa.

William nie interesował się sportem, ale boks stanowił wyjątek. Można powiedzieć, że senior rodu należał do fanatyków tej dyscypliny. Olivia natomiast w ogóle nie zwracała uwagi na tę dziedzinę życia i dbała przede wszystkim o to, żeby jej dzieci wyrosły na uprzejmych, odpowiedzialnych i uczciwych ludzi. Kobieta troszczyła się również o ciepło domowego ogniska. – Przed wyjściem do kina czy na mecz, za każdym razem spotykaliśmy się najpierw w domu Chamberlainów – wspomina Marty Hughes, przyjaciel Wilta z dzieciństwa. – Pani Olivia zawsze starała się być dla dzieciaków z sąsiedztwa jak druga matka. To była rodzina, która trzymała się razem. Kobieta doskonale radziła sobie również w kuchni i uczyła tej sztuki swoje córki, co w tamtych czasach stanowiło naturalną kolej rzeczy. Wilt uwielbiał jej kurczaka oraz pierogi. Na deser natomiast zawsze z chęcią wcinał placek z jabłkami.

Przyszły gwiazdor basketu w chwili urodzenia mierzył 58 centymetrów i ważył niecałe 4 kilogramy. Nie był małym dzieckiem, lecz nie należał również do wielkoludów. Jego rodzice także nie wyróżniali się z tłumu rozmiarami, dlatego do dnia dzisiejszego pozostaje zagadką, jak to się stało, że Wilt jako dorosły facet osiągnął wzrost aż 216 centymetrów. Przypuszcza się, że jeden z jego przodków był równie wysoki. Faktem jednak jest, że Chamberlain junior już w wieku 10 lat przekroczył 180 centymetrów, a swetry, które mama i siostry robiły dla niego na drutach, szybko stawały się za małe. Chłopak rósł jak na drożdżach. – Pewnego lata pojechałem z krewnymi na wakacje do Wirginii, a gdy wróciłem, moja siostra Barbara powitała mnie słowami: „Kim jesteś? Nie znam cię!” – wspominał. – Prawdopodobnie robiła sobie jaja, ale ja naprawdę się zmieniłem. Urosłem wtedy ponad 10 centymetrów.

Niewiele brakowało, a dziś nie wspominalibyśmy Wilta jako wielkiego koszykarza. Będąc jeszcze dzieckiem, Chamberlain zachorował na zapalenie płuc, które omal nie skończyło się dla niego śmiercią. Z powodu choroby chłopiec stracił cały rok nauki w szkole, przez co musiał później uczęszczać do równoległej klasy ze swoją młodszą siostrą – Barbarą. Na szczęście jednak wszystko dobrze się skończyło, a po odzyskaniu zdrowia młodzieniec wzorem starszego rodzeństwa imał się w wolnym czasie różnych prac, za które otrzymywał drobne wynagrodzenie. Ręce tak mu się paliły do roboty, że gdy miał pięć lat, potrafił wstać o piątej rano, żeby pomagać mężczyźnie rozwożącemu mleko. Ze względu na swój ponadprzeciętny wzrost wyglądał wówczas na sporo starszego i dopiero Olivia musiała uświadomić facetowi od mleka, że jej syn jest jeszcze za młody do tej pracy. Zarobione pieniądze dzieciaki częściowo wydawały na przyjemności, a częściowo przekazywały do domowego budżetu. – On zawsze chciał być najlepszy we wszystkim, co robił – wspominała jego matka. Wilt kosił trawę, czyścił rynny i biegał na posyłki. Dodatkowo też odśnieżał posesje, pracował w cukierni czy roznosił gazety. – Wszystko miał świetnie zorganizowane – Marty Hughes przywołuje dawne czasy. – Budziliśmy się o piątej rano, a jego mama szykowała dla nas wielkie śniadanie. O wpół do siódmej wychodziliśmy z domu, a on wtedy miał już cały plan działania. Chodziliśmy po okolicy, zarabiając pieniądze, po czym wracaliśmy do jego domu na kolejny solidny posiłek. W międzyczasie Wilt dzielił kasę. Traktowałem go jak starszego brata pomimo tego, że byliśmy w tym samym wieku.

Dzieci Chamberlainów chętnie garnęły się do różnych prac, ale rodzice absolutnie im tego nie nakazywali. William i Olivia nie spali na pieniądzach, lecz na wszystkie podstawowe potrzeby im wystarczało. – Wcale nie musiałem pracować – tłumaczył najsłynniejszy z rodu. – Po prostu chciałem mieć trochę grosza na własne wydatki i wyróżniać się z tłumu. Pragnąłem być inny niż wszystkie dzieciaki w okolicy. Wysoki chłopak był również powszechnie lubiany. Wszystko dzięki cechom charakteru, jakie zaszczepiła w nim Olivia. – Ten facet oddałby ci ostatnią koszulę – opowiada Ernest Butler, kumpel i sąsiad Wilta. – Jeśli cała paczka by się gdzieś wybierała, a ktoś nie miałby pieniędzy na wyjście, on na pewno by mu je dał. Cała jego rodzina była wspaniała.

Chamberlainowie zamieszkiwali przy 401 North Salford Street w zachodniej części Filadelfii. Na obszarze tym przeważała ludność czarnoskóra, która tłumnie przybyła tam po drugiej wojnie światowej w poszukiwaniu zatrudnienia. William i Olivia posiadali duży, narożny dom z cegły. Rodzina miała do dyspozycji również małe podwórko oraz garaż, co w tamtym rejonie stanowiło już swego rodzaju luksus. Co ciekawe, młody Wilt nie cierpiał koszykówki, gdyż uważał, że to gra dla… maminsynków. Uwielbiał za to biegać. – Kiedy byłem mały, często bawiłem się z moimi braćmi oraz siostrami w chowanego – wspominał. – Byłem jednym z najmłodszych, więc musiałem nauczyć się szybko przemieszczać, bo w przeciwnym razie nie miałbym szans na zwycięstwo.

Wilt uczęszczał do szkoły podstawowej im. George’a Brooksa, mieszczącej się sześć przecznic od jego domu. Należał tam do zespołu biegaczy, co stanowiło jego pierwszy kontakt ze zorganizowanym sportem. On i jego siostra Barbara byli dwójką najszybszych uczniów w swoim wieku. – Ja jestem raczej nieśmiała – wspomina kobieta. – Nie chciałam pokonywać chłopaków, ale on mi powtarzał: „musisz sprawić im lanie!”. Brał mnie za rękę i trenowaliśmy. Nauczył mnie wielu rzeczy, bo niczego się nie bał. Potrafiliśmy bez końca biegać w Haddington, dopóki nie dostał się do zespołu. Chamberlain miał talent do sprintów. Jako chudy czwartoklasista poprowadził szkolną sztafetę do zwycięstwa na dystansie 4 x 75 jardów w prestiżowych zawodach, odbywających się na terenie University of Pennsylvania. – Finiszowałem przy takim aplauzie, że czułem mrowienie na całym ciele – opowiadał.

Wilt należał do pomocnych i pracowitych dzieciaków, lecz pomimo tego po okolicy krążyła swego czasu plotka, że jest nieco… opóźniony w rozwoju. Wszystko przez to, że się jąkał. – On był jednak tylko trochę nieśmiały i bojaźliwy w stosunku do obcych – mówi Vince Miller, jego przyjaciel z dzieciństwa. Wysoki chłopak nie radził sobie również najlepiej w szkole. – Pamiętam to, bo chodziliśmy do tej samej „budy” – mówi Tom Fitzhugh, kumpel Chamberlaina. – Uczęszczał do specjalnej klasy, w której uczniowie mieli problemy z czytaniem. W podstawówce klasa ta nazywała się „OB”. Śmialiśmy się, że to skrót od „out of brains” („bezmózgowcy” – przyp. red.). Syn Williama oraz Olivii nie przepadał za siedzeniem z nosem w książkach, ale gdy przychodziło do zajęć z wychowania fizycznego, nie miał sobie równych. – Mój brat był zabawny, szalony, ale i niesamowicie skupiony na osiąganiu swoich celów – wspomina Barbara. Choć wśród znajomych Wilta przeważają opinie, że należał on raczej do marnych uczniów, Bob Billings ma trochę inne zdanie na ten temat: – Gdyby nie uprawiał zawodowo sportu, na pewno poradziłby sobie w życiu. Miał bardzo otwarty umysł i był szalenie zmotywowany. Sądzę, że to zasługa jego rodziców.

Wilt najbardziej przyjaźnił się z czterema chłopakami z sąsiedztwa: Tommym Fitzhughem, Marty Hughesem, Howardem Johnsonem oraz Vincem Millerem. Paczka spędzała mnóstwo czasu w centrum rekreacyjnym Haddington, gdzie można było nauczyć się podstaw gier zespołowych. Młodzieńcy latem trenowali na świeżym powietrzu, a zimą w hali. Co ciekawe, najbardziej spodobała im się koszykówka, którą Chamberlain do niedawna uważał za sport dla mięczaków. W wieku trzynastu lat postanowił jednak sobie, że w końcu osiągnie poziom pozwalający mu przejść na zawodowstwo. Wilt jako uczeń gimnazjum im. Williama Shoemakera dostał się wraz z wszystkimi kumplami do szkolnej drużyny basketu. Pierwsza wzmianka o jego wyczynach na parkiecie pochodzi z 1951 roku, ale wówczas jeszcze chłopak nie zapowiadał się na gwiazdę profesjonalnej ligi. Ze względu na wysoki wzrost i problemy z przebywaniem w niskich pomieszczeniach dorobił się ksywki „Dippy”, oznaczającej zdrobniale „nurka”. – Kiedy był jeszcze w gimnazjum, przychodził na nasze treningi – wspomina Mel Brodsky, uczący się wtedy w liceum Overbrook High School. – Trener Cozen pozwalał mu nas odwiedzać. Pamiętam, że Wilt był dostatecznie wysoki, żeby wykonać wsad, ale nie miał pojęcia jak to zrobić. Umieraliśmy ze śmiechu, kiedy uczył go tego mający nieco ponad metr osiemdziesiąt Harold Lear.

Chamberlain już jako młody chłopak posiadał cechę właściwą dla większości sportowców – nienawidził przegrywać. Nie ważne, czy grał w domino, warcaby, karty, tenisa czy siatkówkę. Musiał być najlepszy i koniec. Inaczej się wściekał. – Kiedy przegrywał, rzucał karty na stół – wspomina Bob Billings. – „Dippy” był konkurencyjny, ale w bardzo pozytywnym tego słowa znaczeniu. Uwielbiał wszystkim opowiadać o swoich bezapelacyjnych zwycięstwach. Powtarzał: „rozniosłem go w tenisa, rozniosłem go w bilard, zniszczyłem go”. Barbara także opisuje swojego brata jako chłopaka, który chciał być we wszystkim najlepszy: – To wykraczało daleko poza koszykówkę. Jeśli w jakiejś dziedzinie nie czuł się najlepiej, pragnął się doskonalić.

Młody koszykarz kochał przygody. Tuż przed podjęciem nauki w liceum wraz z kumplami zatrudnił się w kuchni w obozowisku w Górach Pocono, około 150 kilometrów od Filadelfii. Robota nie należała do łatwych i przyjemnych, gdyż harowało się po dwanaście godzin dziennie w pomieszczeniu bez klimatyzacji. – Mieliśmy na wyposażeniu zmywarki, ale najpierw trzeba było zanurzyć talerz w wodzie i zeskrobać z niego resztki jedzenia – opowiada Tommy Fitzhugh. – Będąc już mokrym od potu, pochyliłem się nad wanną, a Wilt wylał mi na plecy szklankę lodowatej wody. Doznałem szoku, ale dla niego było to szalenie zabawne. Później on pochylił się nad wanną. Bez zastanowienia chwyciłem więc dzbanek zimnej wody i oblałem go nią. Wtedy nie było mu już do śmiechu. Wkurzył się, chwycił mnie i wepchnął do wanny. Podłoga była śliska, więc nasza walka musiała wyglądać bardzo zabawnie. W końcu kucharz „Sparky” usłyszał hałas i przybiegł nas rozdzielić. Podaliśmy sobie dłonie, ale potem przez długi czas patrzeliśmy na siebie spode łba.

Niedługo po incydencie z wanną, Wilt wraz z innym kumplem został zwolniony z pracy w obozowisku. – Chamberlain, zabieraj swoje rzeczy i wynocha – powiedział do niego „Sparky”. Jak się później okazało, asystent szefa podczas nocnego patrolu zauważył dwóch wysokich chłopaków, przebywających w namiocie zamieszkiwanym przez dziewczyny. Obaj uciekli, lecz koszykarski wzrost tajemniczych jegomościów nie pozostawiał wątpliwości kierownikowi. Na opowieści o podbojach miłosnych późniejszego gwiazdora NBA przyjdzie jeszcze czas, ale należy dodać, iż we wczesnej młodości Wilt nie cieszył się zbytnim zainteresowaniem płci pięknej. – Każda pewnie zadawała sobie pytanie: „kto by się chciał umówić z tym wysokim chudzielcem?” – wspomina Al Correll, znajomy „Dippy’ego”.

Chamberlain chodził do centrum rekreacyjnego Haddington nie tylko trenować. Lubił po prostu patrzeć jak grają starsi zawodnicy, zapowiadający się na co najmniej lokalne gwiazdy. Chłopak podziwiał Harolda Leara, Jackiego Moore’a, i Johna Chaneya. – Niektórzy z jego z przyjaciół z dzieciństwa często powtarzali, iż Wilt był bardzo dojrzały jak na swój wiek – wspomina Barbara. – Było tak prawdopodobnie dlatego, że grał w wielu drużynach, często ze starszymi chłopakami. No i w końcu już w wieku trzynastu lat zdecydował, że basket będzie jego sposobem na życie.

We wczesnych latach pięćdziesiątych prawie siedemdziesiąt procent uczniów liceum Overbrook High School stanowili białoskórzy, a pozostałą część Afroamerykanie. Nauki pobierały tam przede wszystkim dzieciaki z klasy średniej, a placówka miała bogate tradycje zarówno na płaszczyźnie edukacyjnej, jak i sportowej. Właśnie w tej szkole naukę kontynuował Wilt Chamberlain wraz z paczką swoich najwierniejszych przyjaciół. Co ciekawe, pomimo mieszanego towarzystwa, w liceum tym nie dochodziło raczej do spięć na tle rasowym. Biali kumplowali się z czarnymi i chodzili do siebie nawzajem na imprezy. Fakt, na randki umawiano się tylko w obrębie swojej grupy etnicznej, ale jak na ówczesne standardy i tak było nieźle.

Typ niepokorny

W Filadelfii królował tylko jeden sport – koszykówka. Gdyby Chamberlain wychował się w innym mieście, prawdopodobnie zostałby gwiazdą futbolu lub lekkoatletyki, ale tak się na szczęście nie stało.

Największe miasto stanu Pensylwania rozsiało po kraju wielu znakomitych graczy oraz trenerów na poziomie ligi zawodowej, jak i uniwersyteckiej. Najsłynniejsi to: Eddie Gottlieb, Harry Litwack, Chuck Daly, Jack Ramsay, John Chaney, Herb Magee, Jimmy Lynam, Paul Westhead, Jack McCloskey, Freddy Carter, Don Casey i Jim O’Brien. Liceum Overbrook High School było najlepszą szkołą dla koszykarzy w regionie, zdobywając w ciągu trzynastu lat aż dziewięć tytułów mistrzowskich. W latach sześćdziesiątych krążyła opinia, iż to jedyne liceum w kraju, które mogłoby wystawić zespół NBA złożony tylko ze swoich absolwentów i nie zająć przy tym ostatniego miejsca w lidze.

„Dippy” już na początku nauki w szkole średniej zdradzał zadatki na dobrego centra. Przy wzroście 208 centymetrów był naprawdę trudny do powstrzymania zarówno przez rówieśników, jak i trochę starszych kolegów. Podczas podwórkowych gierek potrafił wespół z najmłodszym i najniższym na boisku ograć pięciu innych chłopaków. – Nie przejmuj się, nie mają szans – dodawał zawsze otuchy George’owi Willnerowi, który najczęściej mu partnerował. Chamberlain wszystkim imponował swoją sprawnością fizyczną. Potrafił wziąć w ręce piłkę do futbolu i rzucić ją z jednego końca boiska szkolnego na drugi. Kumple otwierali tylko szeroko oczy ze zdziwienia i cholernie mu zazdrościli. Wilt wśród znajomych słynął również z ekstrawagancji. – W swojej torbie zawsze nosił takie małe, piękne, drewniane i rzeźbione pudełko – wspomina Steve McGill. – Były w nim przegrody, w których znajdowały się różne ciekawe rzeczy, w tym… noże. Kiedy zapytałem go, po co mu one, odpowiedział że lubi się czuć bezpiecznie. Syn Olivii oraz Williama należał także do osób, które lubiły dobrze zjeść. Chłopak w czasie przerwy na lancz potrafił wchłonąć trzy lub cztery posiłki, ale na ciągłe spełnianie zachcianek potrzebował pieniędzy. Dlatego też non-stop kombinował, jak zarobić brakujące dolary. – Siłował się na rękę z młodszymi chłopakami – opowiada Steve Kane. – Wyzywał nas na pojedynki dwa lub trzy razy. Musieliśmy podkładać sobie podręczniki pod łokcie, żeby nasze nadgarstki znalazły się na odpowiedniej wysokości. Nikt nie potrafił go pokonać, ale chętnych na stanięcie z nim w szranki nigdy nie brakowało.

Chamberlain uwielbiał Overbrook High School przede wszystkim za atmosferę tam panującą. – Wszyscy uczniowie byli ze sobą bardzo blisko związani – mówi Barbara, siostra Wilta. – Przyjaciół traktowało się jak rodzinę. Tolerancja nawet w dzisiejszych czasach istnieje głównie w teorii, dlatego „Dippy” przez całe życie z lubością wspominał swoje liceum, w którym Żydzi, biali oraz Murzyni nie tylko niemal bezkonfliktowo egzystowali obok siebie, ale i spędzali ze sobą czas po lekcjach. Podczas nauki w szkole średniej Chamberlain dorobił się również nowego przydomka – „The Stilt”, czyli „Szczudło”. Choć ksywka ta idealnie pasowała do jego fizjonomii, koszykarz po prostu jej nienawidził. – Gdy ją słyszałem, wyobrażałem sobie żurawia w stawie lub jakiegoś innego dziwoląga – mówił. Center zdecydowanie preferował swój stary pseudonim, oznaczający w zdrobnieniu… nurka. – Nigdy w życiu nie wołałem na niego Wilt – opowiada Mel Brodsky, kumpel Chamberlaina z drużyny Overbrook High School. – Dla mnie zawsze był „Dippy”. – Kiedy miałem dziesięć lat, byłem naprawdę wyrośnięty jak na swój wiek – wspominał Wilt. – Zawsze musiałem uważać na głowę w miejscach, gdzie stropy były niskie. Pewnego razu bawiliśmy się w opuszczonym domu, a ja uderzyłem w wystającą rurę tak mocno, że zrobiło mi się ciemno przed oczami. Kumple pękali ze śmiechu i zaczęli sugerować, że następnym razem powinienem dać nura, kiedy zauważę podobną przeszkodę.

Choć w lokalnych mediach Wilt znany był przede wszystkim z pseudonimu „Szczudło”, wśród kumpli cały czas wołano na niego „Nurek”. Nawet na zderzaku starego auta, którym dojeżdżał do liceum, czerwonymi literami wymalowano tę ksywę, która z czasem ewoluowała w „Big Dipper”, czyli angielską nazwę gwiazdozbioru „Wielka Niedźwiedzica”. W przeciwieństwie do „The Stilt”, taka kolej rzeczy legendarnemu centrowi akurat się spodobała.

Chamberlain jak mało kto lubił się wyróżniać z tłumu. Jak wiadomo, liczba „13” uważana jest za pechową, ale syn Williama oraz Olivii pragnął przełamać ten stereotyp i zażyczył sobie, żeby na jego koszulce Overbrook Panthers widniał właśnie numer „13”. Istniał tylko jeden problem: nie było takiej możliwości. – Chcę ten numer i już! – żalił się rodzicom. – Kto do ciężkiej cholery wpadł na pomysł, żeby zabronić używania tego numeru?! Kto w ogóle wymyślił, że „13” jest pechowa?! Chcę zmienić ten głupi przesąd! Ani matka, ani ojciec nie podzielali jednak zdania swojego syna i zgodnie z życzeniem szkoły nakazali wybrać mu inny numer na koszulkę. „Dippy” oczywiście więcej nie dyskutował na ten temat i posłusznie wziął trykot z liczbą „5”.

Wilt już w pierwszym sezonie w liceum osiągnął statystyki, czyniące z niego gracza będącego pod obserwacją skautów najlepszych uczelni w kraju. Chamberlain notował średnio 31 punktów na mecz, a Pantery wywalczyły mistrzostwo filadelfijskich szkół publicznych, przegrywając w całym sezonie zaledwie jedno spotkanie i pokonując w wielkim finale Northeast High School 71:62. Po półfinałowej potyczce z Lincoln High w szatni Overbrook miała natomiast miejsce dość zabawna sytuacja. – Wszedłem tam, żeby im pogratulować – wspomina Allan Kessler. – W rogu akurat stał rozebrany do naga Wilt. „Czego chcesz?” – zapytał. Odpowiedziałem więc: „Chciałem po prostu zobaczyć rozmiar twojego wacka. Jesteś wielki, ale on nie może być równie duży”. Chamberlain nie wykrztusił z siebie ani słowa, a ja sobie poszedłem. Jego przyrodzenie było naprawdę pokaźnych rozmiarów, ale nie mogłem dać mu tej satysfakcji.

„The Stilt” już w pierwszej kampanii na licealnych parkietach miał okazję do wywalczenia trofeum dla czempiona Filadelfii. W starciu o tytuł Pantery uległy jednak West Catholic 42:54. Chamberlain brylował na parkiecie, inkasując 29 „oczek”, lecz gra jego kompanów pozostawiała wiele do życzenia, a meczu koszykówki wygrać w pojedynkę nawet w tamtych czasach się nie dało. Warto wspomnieć, że Wilt w wieku licealnym reprezentował nie tylko szkolną drużynę. Genialny środkowy ze względu na pragnienie występów w lidze akademickiej pod przybranym nazwiskiem grywał za pieniądze w Cumberland w stanie Maryland, a w kampanii 1952/53 poprowadził ekipę Christian Street do mistrzostwa w młodzieżowej lidze YMCA. – Chester Buchanan był naszym coachem – wspomina Claude Gross. – Mieliśmy znakomity zespół z zawodnikami takimi jak Bob Gainey, Pete Henderson czy Sonny Lloyd, ale potrzebowaliśmy też Wilta. Poprosiłem więc go, żeby przyszedł na nasz trening. Początkowo nie chciał grać, ale powiedziałem mu, że musi nam pomóc. Rozegraliśmy wiele spotkań, zanim wywalczyliśmy krajowy tytuł. Wcześniej musieliśmy bowiem wygrać zmagania na poziomie miasta i stanu. Chamberlain w międzyczasie rozwijał również swój talent lekkoatletyczny, stając się najlepszym skoczkiem wzwyż spośród wszystkich uczniów publicznych liceów w Filadelfii. Należał również do czołowych sprinterów i dysponował dużą siłą. Lokalni eksperci twierdzili, że gdyby nie koszykówka, mógłby za kilka lat powalczyć nawet o medal olimpijski w dziesięcioboju.

Przed sezonem 1953/54, ekipę Overbrook Panthers objął nowy trener – Cecil Mosenson. Co ciekawe, mężczyzna miał zaledwie dwadzieścia trzy lata, wobec czego dobrze znał Wilta z występów w różnych niezależnych ligach, w których sam grywał. – Dobrze się znaliśmy. Był świetny u mego boku – wspomina półżartem szkoleniowiec. Tym razem nie znalazł się mocny na Pantery. Ekipa z Overbrook High School zakończyła rozgrywki z bilansem 19-0, zdobywając mistrzostwo szkół publicznych oraz miasta, pokonując w finałowej potyczce South Catholic aż 74:50. „Szczudło” regularnie notował spotkania z około 40-punktową zdobyczą, a w starciu decydującym o najważniejszym tytule zapisał na swoim koncie 32 „oczka”. Do historii przeszedł natomiast jego występ przeciwko Roxborough, kiedy to uzbierał dokładnie 70 punktów! Osiągane statystyki czyniły z młodzieńca lokalną gwiazdę, a on skrzętnie wykorzystywał swój status. – Z czasem stał się egoistą – dodaje Mosenson. – Nie mam jednak mu tego za złe, bo sam bym nim był, gdybym nazywał się Wilt Chamberlain. Kolegom nie przypadło do gustu nowe oblicze Wilta. Chłopak bowiem tak korzystał ze swojego wzrostu, że często dobijał piłki, które znajdowały się w „kominie” nad obręczą. Obecnie w Stanach Zjednoczonych takie zagrania są niezgodne z regulaminem, ale wtedy uczyniły z „Dippy’ego” totalnego dominatora.

Posiadanie młodziutkiego Wilta w drużynie wiązało się nie tylko z przywilejem spijania śmietanki po sukcesach Panter, ale również z koniecznością ujarzmienia jego rozbuchanego ego. Chamberlain w liceum lubił wygłupiać się na treningach, a coach Mosenson nie tolerował przekraczania pewnych granic. Przed potyczką z Frankford High nie wytrzymał niesubordynacji podopiecznego i wyrzucił go z sali. Po tamtym incydencie koledzy z zespołu również przestali myśleć o specjalnym traktowaniu swojego lidera. W samochodzie Mela Brodsky’ego, którym część drużyny udała się na spotkanie z Frankford, zabrakło miejsca dla „Dippy’ego”. Środkowy postanowił zemścić się na kolegach podczas meczu, unikając oddawania rzutów. Widząc postępowanie Chamberlaina trener wkurzył się po raz kolejny, pozostawiając go przez większą część spotkania na ławce rezerwowych. Skutek? Cóż, następnym przeciwnikiem Panter było wcześniej wspomniane Roxborough.

Z okazjonalnych meczów rozgrywanych pod przybranym nazwiskiem Wilt nie wyciągał kokosów, a jakoś musiał przecież zarabiać na swoje wydatki, gdyż Olivia oraz William nie byli w stanie sponsorować wszystkich jego zachcianek. Oko na młodego i zdolnego środkowego miał już wówczas Eddie Gottlieb – właściciel miejscowej drużyny NBA – Philadelphia Warriors. Człowiek ten marzył, że któregoś dnia Chamberlain przywdzieje na zawodowych parkietach strój Wojowników, w związku z czym na czas letnich wakacji 1954 i 1955 roku przy pomocy Haskella Cohena, ówczesnego rzecznika prasowego ligi zawodowej, załatwił chłopakowi pracę w kurorcie w Górach Catskill u Miltona i Helen Kutsherów. Wilt zarabiał trzynaście dolarów tygodniowo plus napiwki, a pracodawcy z biegiem czasu stali się dla niego drugą rodziną. – Mąż przyszedł do mnie, kiedy postanowił go zatrudnić – wspomina kobieta. – W tamtym czasie mieliśmy tylko mały hotelik, a on rzekł: „Chcę ci powiedzieć, że on będzie u nas pracował. Ten młody człowiek ma prawie 213 centymetrów wzrostu i pochodzi z Filadelfii. Zostanie boyem hotelowym. Musimy przygotować dla niego łóżko oraz zamówić odpowiedni uniform szyty na miarę”. Zapytałam wtedy, dlaczego to robimy, a on ze stoickim spokojem odpowiedział: „Ten dzieciak to ktoś wyjątkowy. Zobaczysz. On teraz dorasta, a w przyszłości stanie się kimś bardzo, ale to bardzo ważnym. To jednak dopiero początek jego drogi. Wilt musi pić dużo mleka, więc dopilnuj, żeby mu go nie brakowało podczas posiłków.

„Dippy” u Kutsherów mógł liczyć na specjalne traktowanie, ale ze swojej pracy zawsze wywiązywał się z nawiązką. W hotelu był zatrudniony jeszcze drugi boy, lecz to Chamberlain za każdym razem dźwigał najcięższe torby. Co ciekawe, w Górach Catskill wielu zawodników licealnych oraz akademickich dorabiało w wakacje. Była ich wystarczająca ilość, żeby stworzyć małą ligę, w której każdy ośrodek wystawiał swój własny zespół. Pewnego lata do Kutsherów trafiło trzech graczy drużyny narodowej: Frank Ramsey, Cliff Hagan, oraz Lou Tsioropoulos. Stałymi gośćmi hotelu było natomiast pewne małżeństwo, które poprosiło Miltona, żeby pozwolił ich synowi trenować zespół koszykówki, reprezentujący ośrodek. Tym wciąż młodym jeszcze człowiekiem, który wówczas jedynie marzył o mistrzowskich tytułach, był sam Arnold „Red” Auerbach – współtwórca największych sukcesów Boston Celtics. Podczas rywalizacji w wakacyjnej lidze Chamberlain miał okazję do pojedynków z najlepszymi. W jednym ze spotkań starł się z B.H. Bornem – MVP NCAA oraz członkiem All-American. Auerbach przed meczem podrażnił ego swojego centra, a w odpowiedzi licealista zmasakrował weterana akademickich parkietów, kończąc starcie z ponad dwukrotnie większą zdobyczą punktową.

Rok szkolny 1954/55 był dla Wilta Chamberlaina ostatnim sezonem występów na licealnych parkietach. Środkowy Overbrook Panthers dzięki swoim naturalnym zdolnościom stał się bardziej wszechstronnym graczem. Patrząc na jego koordynację ruchową miało się wrażenie, że w ciele wielkoluda znajduje się zawodnik niższy o około trzydzieści centymetrów. Rekordy strzeleckie potomka Olivii oraz Williama przyprawiały obserwatorów o szybsze bicie serca. W styczniu 1955 roku przeciwko Roxborough „Dippy” uzbierał 74 punkty. Miesiąc później jego wyczyn pobił Stodie Watts, inkasując 78 „oczek” w spotkaniu lokalnej ligi, ale odpowiedź ze strony Wilta nadeszła już po tygodniu i była zabójcza – 90 punktów. Niepokonane Pantery bez problemu wywalczyły mistrzostwo szkół publicznych oraz tytuł czempiona miasta. W filadelfijskim finale na terenie kampusu University of Pennsylvania podopieczni Cecila Mosensona zdemolowali West Catholic 83:42, a „Szczudło” zakończył tę potyczkę z dorobkiem 35 „oczek”. Nie byłby jednak sobą, gdyby tuż przed swoim ostatnim meczem w barwach Overbrook High School nie wywinął jakiegoś numeru. – Kierownik drużyny pędził w moją stronę, krzycząc „nie chcą wpuścić Wilta do hali!” – wspomina Mosenson. – „Jak to?”, odparłem. „Nie ma biletu. Nikt tu nie wejdzie bez biletu” – usłyszałem w odpowiedzi. Przedsiębiorczy koszykarz sprzedał wszystkie swoje wejściówki. Na szczęście coach w porę zareagował i odkręcił sprawę.

Gorzka pigułka

Podczas trzech lat nauki Wilta w liceum, Overbrook Panthers wypracowali bilans 56-3, a Chambrlain przez ten czas osiągnął średnią 37 punktów na mecz. Takie notowania nie mogły przejść bez echa.

W czasach młodości „Dippy’ego” w drafcie NBA istniała zasada przynależności terytorialnej. Oznaczało to, że zawodnik akademicki pragnący grać zawodowo musiał trafić do drużyny mającej siedzibę w mieście położonym maksymalnie osiemdziesiąt kilometrów od uczelni, na której kontynuował edukację i rozwój sportowy. Po ukończeniu przez Wilta szkoły średniej właściciel Philadelphia Warriors, Eddie Gottlieb, lobbował na rzecz objęcia draftem terytorialnym również absolwentów liceów. Mężczyźnie sprzeciwiał się szef New York Knicks, Ned Irish, ale zdało się to na nic i w głosowaniu udziałowców ligi nowy przepis został zaakceptowany stosunkiem głosów 7-1. Włodarz Wojowników miał ogromne szczęście, iż mógł sobie „zaklepać” Chamberlaina kilka lat przed jego przejściem na zawodowstwo, gdyż młodzieniec wybrał się na uczelnię oddaloną od Filadelfii sporo więcej niż osiemdziesiąt kilometrów.

– Wilt miał chyba ze sto dwadzieścia ofert z różnych koledżów – wspomina Cecil Mosenson, licealny coach „Szczudła”. – W UCLA powiedzieli mu, że uczynią z niego gwiazdę filmową. Gdzie indziej oferowano mu podjęcie studiów medycznych. Ktoś z University of Pennsylvania przyjechał natomiast wielką limuzyną i rzekł: „Hej, stary, co byś powiedział na przejażdżkę do Nowego Jorku i odwiedziny u jubilera Harry’ego Winstona?”. Sam trener Mosenson otrzymywał nawet propozycje pracy jako szkoleniowiec akademicki, jeśli tylko przyprowadzi ze sobą Chamberlaina. Gdy „Dippy” wybrał już odpowiednią dla siebie ofertę, najpopularniejszy magazyn sportowy w USA poświęcił całemu wydarzeniu aż pięć stron. – On nie chciał przenosić się do innego wielkiego miasta – opowiada George L. Brown, przyjaciel i doradca syna Olivii oraz Williama. Koszykarz przed podjęciem ostatecznej decyzji odwiedził m. in. uczelnie: Cincinnati, Illinois, Indiana, Michigan, Michigan State, Iowa, Northwestern oraz Kansas. Kentucky nie zaproponowało mu miejsca w swoim zespole, bo na południu nie tolerowano graczy czarnoskórych. Wybór padł na University of Kansas, gdzie coachem był Forrest „Phog” Allen. Siedziba tej uczelni mieści się w niewielkim Lawrence, położonym sześćdziesiąt pięć kilometrów od Kansas City.

Filadelfię i Lawerence dzieli aż prawie tysiąc osiemset kilometrów. To kawał drogi, a Wilt pokonał ją samochodem razem ze swoim kumplem Dougiem Leamanem, który również otrzymał stypendium sportowe na miejscowym uniwersytecie. „Dippy” kierował przez całą drogę, gdyż jego kompan miał skłonności do zasypiania za kierownicą. Gdy młodzieńcy przekroczyli już granicę stanu Kansas, postanowili zatrzymać się na obiad. Wówczas w niektórych rejonach USA panowały jeszcze silne nastroje rasistowskie. – Wielki facet za ladą powiedział do nas: „Nie serwujemy jedzenia Murzynom. Jeśli chcecie, możecie zjeść na zapleczu” – wspomina Leaman. – Wilt wpadł w szał. Wyjął wiatrówkę, którą miał przy sobie, i zaczął strzelać na zewnątrz lokalu. Po tym incydencie „Dippy” stracił ochotę na grę dla University of Kansas. Kiedy młodzieńcy dotarli do domu trenera Allena, Chamberlain pożalił mu się na miejscowe obyczaje i zapowiedział, że zaraz wraca do Filadelfii. Jak na ironię, coach ugłaskał go talerzem hamburgerów i kilkoma miłymi słowami, a manatki kilka dni później spakował nie Wilt, a Doug Leaman.

Wyżej wspomniany mężczyzna za ladą prawdopodobnie nie był świadom, z kim miał do czynienia. Choć w 1955 roku segregacja rasowa w Stanach Zjednoczonych wciąż była na porządku dziennym, w Lawrence starano się z tym walczyć. W końcu nie każda uczelnia mogła się pochwalić takim zawodnikiem jak „Dippy”, a identyfikować się z utalentowanym centrem chciała każda firma w okolicy. – Kiedy Wilt wchodził do jakiegoś miejsca w towarzystwie pięciu lub sześciu Murzynów, nikt nie próbował go niepokoić – wspomina Maurice King, jedyny czarnoskóry kolega Chamberlaina z ekipy Kansas Jayhawks. Chłopak z Filadelfii potrafił dbać o swoje. Jeśli spotykał się z jakimiś przejawami rasizmu wobec siebie, natychmiast biegł do kanclerza uniwersytetu, Franklina Murphy’ego, żeby ten załatwił sprawę. „Dippy” zawsze używał ciężkich argumentów: – Albo coś z tym zrobisz, albo odchodzę. Wilt nie znosił dyskryminacji ze względu na kolor skóry, ale też nigdy nie brał udziału w demonstracjach. Tak naprawdę nie walczył o lepsze traktowanie ogółu czarnoskórych, a troszczył się przede wszystkim o własne interesy.

Każdy młody człowiek potrzebuje oparcia w trochę starszych od siebie. Podczas pobytu „Szczudła” na University of Kansas, Oliva oraz William nadal mieszkali w Filadelfii, więc utalentowanego środkowego pod swoje skrzydła wzięło małżeństwo Edwardsów – Roy i Joan. – Wilt zawsze był trochę nieśmiały i nie mówił zbyt dużo – opowiada kobieta. – Był również jedną z najmilszych osób, jakie miałam wokół siebie. Uwielbiałam tego młodego człowieka. Zazwyczaj nie pojawiał się w domu przed dziewiętnastą. Ubóstwiał moje krewetki oraz smażone ziemniaki. Na tyłach posesji mieliśmy boisko do koszykówki. Często chodził na nie porzucać. Wtedy zbiegały się wszystkie dzieciaki z sąsiedztwa wraz z rodzicami. On był jak magnes. Podnosił te maluchy, żeby mogły wkładać piłkę do kosza z góry.

7 września 1955 roku to ważna data w życiu Wilta Chamberlaina. Dokładnie tamtego dnia „Dippy” przybył na kampus University of Kansas w Lawrence. Młody koszykarz zamieszkał w jednym z tamtejszych akademików i musiał spać w specjalnie skonstruowanym łóżku. Jego współlokatorem był lekkoatleta Charlie Tidwell. Nowy zawodnik Kansas Jayhawks mierzył 216 centymetrów i ważył 109 kilogramów, choć wyglądał na chudszego. Miał występować z numerem „13” na koszulce. Wszyscy uważali tę liczbę za pechową, ale on pragnął zmienić ten przesąd.

„Dippy” z miejsca stał się gwiazdą koszykarskiej drużyny University of Kansas. 18 listopada 1955 roku w sparingu pomiędzy teamem debiutantów a pierwszym zespołem rzucił 42 „oczka” i dołożył do tego 29 zbiórek, prowadząc swoją ekipę do historycznego triumfu 81:71. „Phog” Allen był pod ogromnym wrażeniem, lecz wkrótce okazało się, że nie będzie mu dane trenować Wilta przez ani jeden sezon. Po ukończeniu siedemdziesiątego roku życia zgodnie z przepisami musiał przejść na emeryturę i ekipę Jayhawks objął jego asystent – Dick Harp. Mężczyznę uznawano za dobrego szkoleniowca, ale przy legendarnym Allenie jego trenerskie CV nie prezentowało się imponująco. Chamberlain podziwiał „Phoga” i darzył go ogromnym szacunkiem, lecz jego następca nigdy nie zdobył u niego respektu. – Mógł patrzeć ci prosto w oczy i mówić: „tak jest, proszę pana, tak jest”, a potem i tak robił swoje – wspomina Jerry Waugh, asystent Harpa.

Są gracze, którzy zmienili koszykówkę, a do takich na pewno zalicza się Wilt Chamberlain. Debiutanckim sezonem „Szczudła” w pierwszej ekipie Kansas Jayhawks była kampania 1956/57. Ze względu na niego przed tamtymi rozgrywkami zmieniono kilka przepisów gry w basket. Nie wolno już było dobijać piłki znajdującej się w „kominie” nad obręczą. Podczas oddawania rzutów wolnych zabroniono natomiast wykonującemu próbę przekraczania wirtualnej linii do momentu zetknięcia się piłki z obręczą lub tablicą. Wilt nie mógł więc dobijać nieudanych prób przy pomocy efektownych wsadów. Z uwagi na Chamberlaina zakazano również wprowadzania piłki do gry nad tablicą oraz poszerzono „trumnę”. Za najlepszego zawodnika w historii koszykówki powszechnie uważa się Michaela Jordana. „Dippy” miał jednak trochę inne zdanie w tym temacie: – Przypomnijcie mi proszę, ile przepisów gry zmieniono ze względu na niego.

W kampanii 1956/57 Kansas Jayhawks występowali w konferencji Big 7. Środkowy z Filadelfii zaliczył piorunujący debiut w ekipie prowadzonej przez Dicka Harpa, notując 52 punkty i 31 zbiórek. Obserwując jego poczynania w ataku i defensywie, gdzie popisywał się mnóstwem bloków, miało się wrażenie, że po parkiecie nie biega człowiek, a przybysz z innej planety. Zespół „Szczudła” triumfował nad Northwestern 87:69, a tamte 52 „oczka” do dnia dzisiejszego są rekordem University of Kansas, jeśli chodzi o dorobek w pojedynczym spotkaniu. To również wciąż najlepszy debiut w NCAA. Oprócz Chamberlaina trzon teamu Jayhawks stanowili Gene Elstun, John Parker, Lew Johnson, Ron Loneski oraz Maurice King. Zespół ten wypracował bilans 24-3, docierając aż do finału NCAA, w którym musiał uznać wyższość North Carolina Tar Heels, przegrywając zaledwie jednym punktem. „Dippy” zapisywał na swoim koncie średnio 29,6 „oczka” oraz 18,9 zbiórki. Po parkiecie poruszał się niczym prawdziwy atleta, a punkty potrafił zdobywać nawet dzięki rzutom z odchylenia. – Po niektórych meczach miał podrapane całe plecy – wspomina John Parker. – Przeciwnicy najzwyczajniej w świecie chwytali go, żeby tylko nie przeprowadził skutecznej akcji.

Wilt Chamberlain był młodzieńcem o dwóch twarzach. Wśród przyjaciół lider i dusza towarzystwa, lecz jednocześnie pełen szacunku i nieśmiały w stosunku do starszych, którzy mu pomagali. Choć w akademiku mieszkał z Charliem Tidwellem, to najlepszy kontakt złapał ze swoim współlokatorem podczas wyjazdów z ekipą Jayhawks – Bobem Billingsem. – Razem się uczyliśmy, wspólnie trenowaliśmy i po prostu dobrze się dogadywaliśmy – opowiada kumpel „Dippy’ego”. Za grę w lidze akademickiej oprócz stypendium nie dostawało się oficjalnie żadnych pieniędzy, dlatego Wilt musiał sobie jakoś radzić, żeby zdobyć dodatkową gotówkę. Po latach przyznał, że od „dobrych wujków” otrzymał około czterech tysięcy dolarów w gotówce, które w tamtych czasach miały około dziesięciokrotnie większą wartość niż obecnie. Co ciekawe, koszykarz dorabiał również sprzedając programy na mecze drużyny futbolowej. – Ludzie ustawiali się w kolejkach liczących nawet po pięćdziesiąt osób – opowiada R.A. Edwards, syn Roya i Joan. – Chcieli po prostu nabyć program właśnie od niego, a przy okazji Wilt rozdawał też sporo autografów.

„Szczudło” już po pierwszym sezonie w lidze uniwersyteckiej znalazł się w pierwszej piątce All-American oraz otrzymał statuetkę MVP NCAA. Frekwencja w hali Jayhawks znacznie wzrosła, bo każdy chciał zobaczyć w akcji tego niesamowitego wielkoluda. Ba, podziwiać go chętnie przychodzili również kibice przeciwnych zespołów, którzy szczelnie wypełniali areny na czas wyjazdowych potyczek podopiecznych Dicka Harpa. Młodzieniec z Filadelfii szybko stał się prawdziwą gwiazdą, którą zapraszano do udziału w różnych uroczystościach czy wydarzeniach. W głębi duszy był jednak cały czas zwykłym chłopakiem, który uwielbiał grać w karty oraz domino. W trakcie wyjazdów nie lubił opuszczać pokoju hotelowego, bo od razu był rozpoznawany i zbierała się przy nim grupka ludzi. – Wilt zawsze był bardzo skrytą osobą, w szczególności w zakresie relacji z kobietami – mówi Maurice King. – Nie opowiadał o swoich randkach, a dziewczyn nie uważał za swoje trofea. Jego grono przyjaciół również było bardzo wąskie: ja, Charlie Tidwell, Bob Billings oraz Shannon Bennett. Mimo wszystko niektóre obszary jego życia pozostawały dla nas tajemnicą.

Chamberlainowi sławę i pieniądze przyniósł basket, lecz jego wielką miłością wciąż pozostawała lekkoatletyka. Wieloletnie tradycje University of Kansas w tej dyscyplinie były obok „Phoga” Allena dla Wilta główną motywacją podjęcia nauki na tej uczelni. „Dippy” reprezentował swój uniwersytet w skoku wzwyż, trójskoku oraz pchnięciu kulą. W sprintach oficjalnie nie startował, ale w drużynie koszykówki uważano go za najszybszego zawodnika. Największe sukcesy świętował w skoku wzwyż, sięgając po tytuły mistrza konferencji Big 7. Był szybki, skoczny i wytrzymały, czyli posiadał idealne warunki na dziesięcioboistę. Nic więc dziwnego, że jednym z jego niespełnionych marzeń pozostał występ na igrzyskach olimpijskich.

„Dippy” na University of Kansas należał do bractwa Kappa Alfa Psi, zrzeszającego samych Afroamerykanów. Członkami tej społeczności byli wszyscy czarnoskórzy sportowcy, gdyż nie zapraszano ich do bractw zarządzanych przez białych. Warto dodać, że w połowie lat pięćdziesiątych na University of Kansas wśród ośmiu i pół tysiąca studentów było jedynie około czterystu Murzynów. Chamberlain jako najsłynniejszy sportowiec w kampusie mógł liczyć na różne przywileje, ale i tak najchętniej czuł się w towarzystwie braci z Kappa Alfa Psi. Jedynym białoskórym, z którym miał naprawdę bliskie relacje, był Bob Billings.

W latach pięćdziesiątych większość Afroamerykanów studiujących w Lawrence pochodziło z Kansas City i na weekendy wracało do domów, żeby imprezować z przyjaciółmi. Wiltowi ciężko było często odwiedzać rodziców, więc rzucał się w wir zabawy. W wakacje natomiast pracował. Podróżował swoim Oldsmobilem, nie zwracając zbytnio uwagi na ograniczenia prędkości. Policjanci znali numery jego bryki i nawet nie zatrzymywali do kontroli. W razie jakiejś awarii inni użytkownicy drogi służyli natomiast pomocą. Pewnego razu samochód „Dippy’ego” rozkraczył się sto kilometrów od Chicago, a z ratunkiem przyszedł mu pewien staruszek, który odholował go aż do „Wietrznego Miasta”. Syna Olivii oraz Williama znali wszyscy i to nie tylko w Lawrence czy Filadelfii.

Przed rozgrywkami 1957/58 w kuluarach mówiło się, że „Szczudło” nie wróci już na uczelnię. Plotki okazały się jednak nieprawdziwe i 21-letni koszykarz stawił się na pierwszym treningu Jayhawks jak gdyby nigdy nic. Ekipa z University of Kansas z fenomenalnym centrem w składzie miała wreszcie sięgnąć po mistrzostwo ligi akademickiej, lecz wielkie plany spełzły na niczym. Gracze pod wodzą Dicka Harpa wypracowali bilans 18-5 i jako druga drużyna konferencji Big 8 nie mieli prawa uczestnictwa w turnieju NCAA. Pod względem indywidualnym Chamberlain wciąż notował niebotyczne statystyki. Zdobywał średnio 30,1 „oczka”, zbierając przy tym 17,5 piłki. W tamtych czasach nie liczono jeszcze bloków, ale osoby podziwiające grę „Szczudła” opowiadały, że potrafił on co mecz dawać około 10 „czap”. Dzięki swoim osiągnięciom po raz drugi z rzędu znalazł się w pierwszej piątce All-American. Pomimo tego do sięgnięcia po mistrzostwo NCAA zabrakło jednak czegoś ważnego. – Lubiłem Dicka Harpa jako człowieka, bo to jest ważniejsze niż cokolwiek innego – mówił „Dippy”. – Ale nie sądzę, że w tamtym czasie był on dla nas właściwym trenerem. Uważam, że gdyby „Phog” Allen pozostał na stanowisku, zdobylibyśmy dwa tytuły.

Obieżyświat

Kilkadziesiąt lat od opuszczenia murów University of Kansas, Wilt Chamberlain wciąż jest w posiadaniu wielu rekordów uczelni. Nikt w jednym spotkaniu nie uzbierał więcej punktów (52) czy zbiórek (36).

„Dippy” nie wytrwał jednak na uniwersytecie do momentu uzyskania dyplomu. Pragnął poszerzać swoją wiedzę i poznawać nowych ludzi, lecz nie przywiązywał wagi do „papierków”. W związku z tym 24 maja 1958 roku wsiadł do swojego Oldsmobile’a i odjechał w siną dal. Chłopak miał zamiar przejść wreszcie na zawodowstwo, lecz na swoją szansę w NBA musiał poczekać jeszcze rok, gdyż zgodnie z przepisami gracz nieakademicki mógł wstąpić w szeregi najlepszej ligi na świecie dopiero z chwilą, w której jego rocznik planowo kończyłby studia. Chamberlain szybko jednak znalazł wyjście z niewygodnej sytuacji: podpisał kontrakt z Harlem Globetrotters.

Obieżyświaty to legendarna ekipa łącząca elementy sportu i rozrywki, rozgrywająca mecze towarzyskie na całym świecie. Na przestrzeni lat oprócz „Szczudła” przez ich szeregi przewinęło się wiele gwiazd basketu: Connie „The Hawk” Hawkins, Nat „Sweetwater” Clifton, Marques Haynes, Meadow „Meadowlark” Lemon, Jerome James, Reece „Goose” Tatum czy Hubert „Geese” Ausbie. W 2010 roku nowojorski zespół występujący w charakterystycznych czerwono-biało-niebieskich strojach odwiedził nawet Polskę, gdzie w ramach tournée rozegrał aż sześć spotkań. Pod koniec lat pięćdziesiątych posiadanie Wilta w składzie było marzeniem właściciela Obieżyświatów – Abe Sapersteina. Mężczyzna na parafowanie rocznego kontraktu z chłopakiem z Filadelfii przeznaczył aż sześćdziesiąt pięć tysięcy dolarów, czyli pięciokrotność ówczesnych średnich zarobków w NBA. Warto dodać, że najlepiej opłacany dotąd Globetrotter, Reece Tatum, inkasował niemal o połowę mniej pieniędzy.

Uroczyste podpisanie umowy z „Dippym” miało miejsce w słynnej nowojorskiej restauracji Toots Shor’s, gdzie często można było natrafić na różne znane osobistości. – Wilt za parafowanie kontraktu otrzymał dziesięć tysięcy dolarów premii w gotówce – wspomina Vince Miller, z którym legendarny center przybył do Nowego Jorku wprost z Filadelfii. – Kiedy przebierał się w strój Obieżyświatów, poprosił mnie o przechowanie pieniędzy, bo nie chciał ich zostawiać w szatni bez opieki. Gdy wracaliśmy do domu, dokładnie przyglądaliśmy się banknotom, bo nie mogliśmy uwierzyć, że są prawdziwe.

Wstąpienie w szeregi Harlem Globetrotters wyraźnie odmieniło życie Wilta Chamberlaina. Za zarobione pieniądze młodzieniec kupił samochód dla swojego ojca oraz trzynastopokojowy dom dla całej rodziny, położony przy Cobbs Creek w Filadelfii. Posiadłość kosztowała centra piętnaście tysięcy dolarów, a „Dippy” przeniósł się do niej z rodzicami, dwiema siostrami oraz bratem, gdyż reszta rodzeństwa miała już wówczas swoje własne lokale.

Obieżyświaty jeszcze w latach pięćdziesiątych podróżowały nie tylko po Stanach Zjednoczonych, a odwiedzały również Europę. Każdego lata pojawiały się w Niemczech, Austrii, Hiszpanii, Portugalii, Belgii, Francji, Wielkiej Brytanii oraz we Włoszech. W większości miejsc słynni sportowcy spędzali zaledwie jedną noc, lecz ich wizyty w Londynie czy Paryżu potrafiły trwać nawet cały tydzień. W lecie 1958 roku Globetrotters odbyli trwające trzy i pół miesiąca tournée, podczas którego zawitali do piętnastu krajów. W Mediolanie do wesołej ekipy dołączył Wilt, który z miejsca zakochał się w tamtejszym jedzeniu, architekturze oraz… kobietach.

W czasie wielomiesięcznych wyjazdów zawodnicy głównie interesowali się płcią piękną, ale gdzieś w tym wszystkim było również trochę miejsca na koszykówkę, dzięki której przecież zarabiali na życie. „Dippy” od początku swojej kariery występował na pozycji centra, lecz w teamie Obieżyświatów rola ta była zarezerwowana dla największego gwiazdora drużyny – „Meadowlarka” Lemona. W związku z tym świeżo upieczony zawodnik teamu z Nowego Jorku musiał radzić sobie jako… rozgrywający. Mając na uwadze rozrywkowy charakter spotkań z udziałem Globetrotters, była to wprost wymarzona rola dla mierzącego 216 centymetrów olbrzyma. Ten natomiast potrafił połączyć przyjemne z pożytecznym i dzięki grze na nietypowej pozycji zaczął lepiej dryblować. Na boisku świetnie rozumiał się z Lemonem, z którym opracował kilka popisowych numerów. Podczas jednego z nich „Meadowlark” teatralnie padał na parkiet, udając kontuzję. Po chwili podchodził do niego „Szczudło”. – Podnosił mnie jak jakąś szmacianą lalkę i podrzucał do góry – wspomina Lemon. – Ważyłem wtedy jakieś 95 kilogramów, a on podrzucał mnie na wysokość około trzech metrów i łapał. Ludzie nie zdają sobie sprawy jak silnym był człowiekiem. Chamberlain to prawdopodobnie najsilniejszy sportowiec w dziejach.

Syn Olivii oraz Williama przygodę z Harlem Globetrotters zapamiętał jako fantastyczne doświadczenie. Sposób, w jaki Obieżyświaty bawiły publiczność sprawił, że chłopak wreszcie czerpał z gry w basket prawdziwą przyjemność. Wcześniej nigdy nie miał okazji opuścić terytorium Stanów Zjednoczonych, a podróże po całym świecie, brak presji oraz możliwość tworzenia swego rodzaju show tchnęły w niego nowe życie i pozwoliły zapomnieć o frustracjach spowodowanych niepowodzeniami ekipy Kansas Jayhawks. Włodarze teamu z Nowego Jorku nie wymagali zwycięstw i zdobywania tytułów, a po prostu dostarczania ludziom hektolitrów sportowej rozrywki.

Warto dodać, że Harlem Globetrotters cieszyli się olbrzymią popularnością również w swoim kraju. Podczas gdy w NBA radowano się z obecności na pojedynczym spotkaniu około ośmiu tysięcy widzów, starcie Obieżyświatów z Philadelphią Sphas zgromadziło na arenie w Chicago prawie dwudziestotysięczną publiczność. Zespół Abe Sapersteina rozgrywał każdego roku po około dwieście pięćdziesiąt meczów. Podczas swojej przygody z czerwono-biało-niebieskim strojem z numerem „13” Wilt zagrał po raz pierwszy w życiu w nowojorskiej Madison Square Garden oraz dopiero po raz drugi od ukończenia liceum wystąpił przed kibicami w rodzinnej Filadelfii.

Życie typowego Obieżyświata nie było łatwe. Pobudka równo ze wschodem słońca, żeby zdążyć na poranny autokar lub samolot. Podczas kilkugodzinnej podróży zawodnicy skupiali się głównie na śnie, rozmowach lub grze w karty. Około czternastej drużyna meldowała się w hotelu, a trzy godziny później odbywał się rutynowy trening. Mecze najczęściej rozgrywano o dwudziestej. W tym napiętym harmonogramie mimo wszystko dawało się wyłuskać trochę czasu na zwiedzanie okolicy czy znalezienie kobiety chętnej na pomeczową chwilę zapomnienia. Utrudnione zadanie miał zawsze tylko jeden gracz – Wilt Chamberlain. – Za każdym razem, kiedy pojawiał się w jakimś mieście w USA, lokalny promotor zrzucał mu na głowę tonę zobowiązań polegających na wizytach w miejscowych koledżach, liceach czy szpitalach – wspomina Jerry Saperstein, syn ówczesnego właściciela Globetrotters. – On jednak nigdy nie narzekał i pojawiał się wszędzie, gdzie go zapraszano.

Jerry i „Szczudło” byli w podobnym wieku, więc nic dziwnego, że się zakumplowali. W czasie autokarowych i lotniczych podróży spędzili długie godziny na rozmowach o życiu oraz kobietach. – Zawsze zastanawiałem się, dlaczego gra w Globetrotters była dla niego tak ważna – mówi Saperstein junior. – Nawet gdy kończył się sezon w NBA, gdzie on był już najlepiej opłacanym zawodnikiem, wsiadał w samolot i przylatywał grać z nami w Europie. Zapewne odpowiadała mu atmosfera panująca w drużynie. Tutaj nikt nie traktował go jak gwiazdę, bo wszyscy byli sobie równi. Bob Hall zawsze nazywał go „Whip” lub „Whipper”. Wołano na niego też „Big Dipper” lub „Dip”, ale pamiętam też, że na pewno nikt w szatni czy autokarze nie zwracał się do niego „Wilt”.

Dokładnie 15 kwietnia 1959 roku kontrakt Wilta Chamberlaina z Harlem Globetrotters przestał obowiązywać. Zawodnik wiedział już, że wkrótce powróci do rodzinnej Filadelfii, żeby grać w NBA w barwach miejscowych Warriors, lecz przedtem wybrał się jeszcze z Obieżyświatami do Moskwy, gdzie team z Nowego Jorku miał rozegrać dziewięć spotkań. Warto wspomnieć, że koniec lat pięćdziesiątych to okres tzw. zimnej wojny, podczas której widok potężnych, czarnoskórych mężczyzn na terytorium Związku Radzieckiego budził prawdziwy strach. Gdy przybysze z USA zwiedzali Kreml, zatrzymała się przy nich limuzyna wioząca premiera Nikitę Chruszczowa. – Ach, koszykarze – rzekł polityk na widok rosłych sportowców. Mierzący 216 centymetrów Chamberlain i jego prawie tak samo wysocy koledzy przy niskim, pulchnym i różowym premierze prezentowali się nadzwyczaj kontrastowo. Liczący sobie 165 centymetrów Abe Saperstein, opisany również jako „pulchny, niski i różowy” przez reportera, który był świadkiem tamtego niecodziennego spotkania, rzekł w swoim stylu: – Wcale nie jestem niski. Jestem wzrostu Chruszczowa.

Wyprawa Globetrotters do Moskwy zakończyła się wielkim sukcesem, choć przy rozliczeniach pojawiły się małe problemy. Rosjanie płacili w rublach, których nie można było wywieźć z kraju, ani wymienić na dolary. Skończyło się więc na tym, że ekipa opuściła Związek Radziecki z bagażami pełnymi futer i kawioru. Właścicielowi teamu nie przeszkadzało jednak to małe niedociągnięcie i postanowił w przyszłości częściej odwiedzać z Obieżyświatami wschodnią część Starego Kontynentu.

„Dippy” pod koniec lat pięćdziesiątych posiadał już status wielkiej gwiazdy basketu. Warto jednak odnotować, że młodzieńcowi nie odbiła tzw. „sodówka” i zawsze chętnie rozdawał autografy czy zamieniał kilka słów z nieznajomymi. Nie zapominał również o starych kolegach. Carmen Cavali, który wychowywał się w Filadelfii, wspomina czasy, gdy Harlem Globetrotters przybyli do Richmond w stanie Virginia, gdzie młody mężczyzna wówczas studiował: – Zadzwoniłem do niego do hotelu, ale w recepcji powiedziano mi, że Wilta nie ma. Zostawiłem mu wiadomość, żeby do mnie oddzwonił jak wróci. Około półtorej godziny później poproszono mnie do telefonu. Myślałem, że to moja mama, ale to dzwonił Chamberlain. „Dip, jak się masz? Tu Carmen, twój stary kumpel”, zagadnąłem. „Spoko, pamiętam cię”, odparł Wilt. „Słuchaj, zastanawiam się, czy mógłbyś dla mnie coś zrobić. Jestem w tutejszej drużynie futbolowej i razem z chłopakami chcielibyśmy wyskoczyć na wasz dzisiejszy mecz. Jest szansa, żebyś załatwił kilka biletów?”, kontynuowałem. „Ile chcesz?”, zapytał Chamberlain. „Siedemnaście”, odpowiedziałem. „Poczekaj, przyniosę ci je”, rzekł ze spokojem.

Większość kibiców zapytanych o najlepszego koszykarza w dziejach wskazuje najczęściej Michaela Jordana lub Wilta Chamberlaina. Są też tacy, którzy wspominają Juliusa „Dr. J” Ervinga, Larry’ego Birda czy Magica Johnsona, ale mało kto pamięta, że przez dwadzieścia dwa lata w barwach Harlem Globetrotters publiczność zabawiał ktoś taki jak Meadow „Meadowlark” Lemon. „Dippy” zawsze lubił jednak mieć zdanie inne niż ogół: – To był najbardziej niesamowity gracz w dziejach, budzący fantastyczne emocje. Nigdy nie widziałem kogoś równie spektakularnego. Ludzie ciągle mówią o Jordanie czy Ervingu, ale dla mnie najlepszy na zawsze pozostanie „Meadowlark” Lemon.

Gra w NBA to marzenie każdego młodego koszykarza, które Wiltowi Chamberlainowi również udało się zrealizować. Sezon 1959/60 miał być jego pierwszym w barwach Philadelphii Warriors, lecz legendarny center ponad wszystko cenił swoje występy dla Obieżyświatów. – Trzeba zrozumieć, że w tamtych kolorowych czasach członkowie Harlem Globetrotters traktowani byli jak gwiazdy filmowe – mówi „Dippy”. – Bycie częścią tej drużyny to jak sen na jawie. To był zawsze mój ulubiony zespół. Nowojorska ekipa w latach pięćdziesiątych była popularniejsza niż jakikolwiek klub NBA. Koszykarze często lubili korzystać ze swojej sławy, zwłaszcza jeśli chodziło o kontakty z kobietami. Ktoś taki jak Wilt Chamberlain nie musiał zbyt długo starać się o względy u płci pięknej. Chłopak nie angażował się również w żadne stałe związki. Podążając za nowymi trendami szukał tylko przygód na jedną noc. – To były zupełnie inne czasy niż lata osiemdziesiąte czy dziewięćdziesiąte – opowiadał po czasie. – Jeśli ktoś myśli, że mieć w łóżku tysiąc różnych kobiet jest fajną rzeczą, to ja mu odpowiem, że życie nauczyło mnie, iż o wiele lepiej spędzić tysiąc nocy z jedną i tą samą kobietą.

Powrót w rodzinne strony

Na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych NBA w żadnym stopniu nie przypominała swoim kształtem ligi, którą jest obecnie. O mistrzowski tytuł rywalizowało w niej zaledwie osiem zespołów.

Zarobki zawodowych koszykarzy w dawnych czasach nie przyprawiały o szybsze bicie serca. Gdy trener Neil Johnston przyszedł pewnego dnia do Eddiego Gottlieba, właściciela Philadelphii Warriors, prosić o podwyżkę z sześciu na piętnaście tysięcy dolarów, właściciel drużyny wybuchł śmiechem: – Jeśli dałbym ci te pieniądze, zostałbyś właścicielem zespołu. Wilt Chamberlain, środkowy, którego każdy chciałby wówczas mieć w swoim teamie, znajdował się jednak na zupełnie innych prawach niż reszta. Za parafowanie rocznej umowy z Wojownikami na sezon 1959/60 „Dippy” zainkasował aż trzydzieści tysięcy „zielonych”, a ze wszelkimi premiami około pięćdziesiąt „kawałków”. Lokalny chłopak z miejsca stał się najlepiej opłacanym graczem ligi, spychając z piedestału Boba Cousy’ego z Boston Celtics, który zarabiał o prawie połowę mniej.

Filozofią „Gotty’ego”, jak pieszczotliwie nazywano szefa Warriors, było pozyskiwanie do zespołu miejscowych zawodników. Oprócz Chamberlaina w drużynie ze stanu Pensylwania rodowitymi filadelfijczykami byli: Paul Arizin, Guy Rodgers, Ernie Beck czy Tom Gola. O sile ekipy Neila Johnstona stanowili również tacy zawodnicy jak: Woody Sauldsberry, Andy Johnson, Joe Ruklick, Joe Graboski, Vern Hatton oraz Guy Sparrow. – Jak zwykle pojechaliśmy na obóz treningowy do Hershey – Ernie Beck wspomina przygotowania do rozgrywek 1959/60. – Tam zawsze było cholernie ciężko – dwa treningi dziennie, rano i po południu, a do tego bieganie, mnóstwo biegania. Przed każdą sesją pokonywaliśmy wiele okrążeń boiska. Raz to było dziesięć, a raz dwadzieścia kółek, lecz pamiętam, iż Wilt nigdy nie miał z tym problemu, gdyż posiadał niesamowitą wytrzymałość. To był niezwykle silny, ale jednocześnie delikatny facet.

„Szczudło” nigdy nie miał problemów z nawiązywaniem nowych znajomości. Jego bezkonfliktowy charakter sprawiał, że ludzie po prostu do niego lgnęli, dlatego w nowej drużynie zaadaptował się bardzo szybko. Środkowy z miejsca stał się również niekwestionowanym liderem Wojowników, prowadząc ich w swoim pierwszym sezonie do bilansu 49-26 i finału Wschodu, przegranego 2-4 z Boston Celitics. Chamberlain był debiutantem, a notował niebotyczne statystyki na poziomie 37,6 punktu oraz 27 zbiórek, zostając królem strzelców i najlepszym rebounderem ligi. „Dippy” zgarnął również statuetki MVP sezonu zasadniczego i MVP Meczu Gwiazd oraz tę przyznawaną dla debiutanta roku. – Wilt zawsze był świadom swoich umiejętności – mówi Paul Arizin. – Zachowywał się jak weteran, a nie jak pierwszoroczniak. Zawsze dbał również o swoją prywatność i chodził swoimi ścieżkami. Widywaliśmy się podczas treningów i meczów. W drużynie najbardziej przyjaźnił się z Guyem Rodgersem, Woodym Sauldsberrym i Andym Johnsonem. Oczywiście wszyscy pozostali chłopcy też się z nim kumplowali, ale nie można tego nazwać bliską przyjaźnią. Chamberlain miał swoje własne towarzystwo, w skład którego wchodził Vince Miller i inni ludzie z jego dzielnicy.

„Dippy” lubił się wygłupiać i żartować, ale do sportu i swoich osiągnięć zawsze podchodził bardzo poważnie. Miał obsesję na punkcie wszelkich rekordów, a kumple często dokuczali mu sugerując, iż jakiegoś jeszcze nie ustanowił. Doszło nawet do tego, że pewnego dnia przyniósł do szatni swój album z wycinkami z gazet, gdzie trzymał artykuł o licealnym meczu, w którym rzucił 90 „oczek”. Oczywiście wszyscy wiedzieli o osiągnięciach Wilta i je szanowali, lecz lubili obserwować wkurzonego kolegę. O rekordach legendarnego centra jeszcze wiele zostanie napisane i wszystkie one są poparte solidnymi dowodami, ale wiele wątpliwości budzi do dnia dzisiejszego rzeczywisty wzrost koszykarza. W oficjalnych dokumentach widnieje, że zawodnik mierzył 216 centymetrów, lecz opinie w tym temacie są podzielone. – On miał 222 centymetry – twierdzi Alvin Levitt, jego doradca biznesowy. – Jestem przekonany, że mierzył więcej niż podawano – dodaje Norm Drucker – arbiter, który sędziował setki spotkań z udziałem Chamberlaina. – Kiedy grał z zawodnikami o wzroście 208 centymetrów, wydawał się o jakieś 30 centymetrów wyższy. Ze słowami sędziego zgadza się Maurice King – kolega Wilta z ekipy Kansas Jayhawks: – Uważam, że „Dippy” mógł mieć od 218 do 223 centymetrów wzrostu. Kiedy stawał obok innych wielkoludów, był wyraźnie wyższy od nich. Stan Lorber, przyjaciel „Szczudła” i lekarz, który go mierzył, uważa jednak, że wszystkie te opowieści są wyssane z palca: – Pomiaru dokonałem przy użyciu specjalnego urządzenia, skonstruowanego przez naukowców z Temple University Hospital. Według specjalistów Chamberlain wyglądał na wyższego od rywali o tym samym wzroście ze względu na bardzo masywne ramiona, które przecież w takiej grze jak koszykówka są niemal non-stop eksponowane.Choć „Szczudło” zdominował basket już w swoim pierwszym sezonie w NBA, jego zainteresowania wykraczały daleko poza tę dyscyplinę sportu. Jeszcze przed rozegraniem pierwszego spotkania w barwach Wojowników kupił konia wyścigowego. Ze względu na chorobę wrzodową lekarz zalecił Wiltowi znalezienie sobie jakiegoś hobby, a sportowiec uwielbiał konie i wszystko, co z nimi związane.

Chamberlain to zawodnik zdecydowanie wyprzedzający swoją epokę. W związku z jego przybyciem do ligi, udziałowcy NBA przegłosowali wydłużenie sezonu zasadniczego z 72 do 75 spotkań. Do akcji wkroczyła również telewizja NBC, która począwszy od kampanii 1959/60 transmitowała po jednym spotkaniu ligi w każdą sobotę i niedzielę. „Dippy” zadebiutował w profesjonalnym baskecie najlepiej jak tylko mógł, zdobywając 43 punkty i zbierając 28 piłek w wygranym 118:109 meczu z New York Knicks w słynnej Madison Square Garden. – Ten facet jest po prostu niesamowity – skomentował wyczyn Wilta kapitan nowojorczyków – Carl Braun. Każdy z ponad piętnastu tysięcy widzów zgromadzonych w hali mówił tylko o tym fantastycznym młodym człowieku, którego przydomek „Szczudło” doskonale obrazuje umiejętności, jakimi on władał. Ludzie, którzy widzieli wówczas Chamberlaina w akcji wspominają, iż filadelfijczyk nie tylko celnie rzucał i dobrze ustawiał się pod tablicami, ale również w każdym meczu popisywał się wieloma blokami. Oficjalne statystki obejmują „czapy” dopiero od sezonu 1973/74, lecz historie przekazywane z ust do ust wskazują, że Wilt potrafił notować nawet i po kilkanaście bloków w jednym spotkaniu.

Domowy debiut „Dippy’ego” zgromadził w hali Philadelphia Civic Center rekordową, ponad dziewięciotysięczną publiczność. Wilt nie zawiódł i tamtym razem, rzucając 36 „oczek” i zbierając 34 piłki, dzięki czemu Wojownicy triumfowali nad Detroit Pistons 120:112. Syn Olivii oraz Williama od początku swojej przygody z NBA był prawdziwym dominatorem, lecz od czasu do czasu znajdował się ktoś, kto potrafił pokrzyżować mu szyki. Do tego grona na pewno należał Bill Russell z Boston Celtics. Pierwsze starcie pomiędzy Wojownikami a Celtami wygrali ci drudzy. Wilt był lepszy od Billa w punktach, a Russell pokonał Chamberlaina w zbiórkach. Za drugim razem lepsi okazali się Warriors, a wtedy „Szczudło” rzucił 45 punktów i zanotował 36 zbiórek, zatrzymując dokonania przeciwnika na 15 „oczkach” i 13 zebranych piłkach. W samym tylko sezonie 1959/60 Russell i Chamberlain stawali naprzeciw siebie aż trzynastokrotnie, nie licząc meczów w play-offs, a ich rywalizacja szybko stała się jedną z najchętniej śledzonych konfrontacji w zawodowym sporcie.

Dominacja środkowego Wojowników sprawiła, że przeciwnicy nigdy go nie oszczędzali. Zawodnik notorycznie był uderzany i popychany, aż pewnego dnia nie wytrzymał i powiedział publicznie: – Ja chcę normalnie grać w koszykówkę, ale jeśli w dalszym ciągu będą się dziać takie rzeczy, to w końcu dam komuś w zęby. Jak na ironię, w lutym 1960 to właśnie Wilt zarobił w zęby od Clyde’a Lovellette’a z St. Louis Hawks. – Widziałem dokładnie tamto zdarzenie – wspomina Ernie Beck. – Clyde polował na niego i w końcu walnął go łokciem. To absolutnie nie był wypadek. Twarz Wilta zalała się krwią i naprawdę nie wyglądało to dobrze. Zachowanie Clyde’a było bardzo niesportowe. W wyniku uderzenia „Dippy” miał poluzowane dwa przednie zęby oraz rozciętą od środka górną wargę. Trener Johnston był poruszony kontuzją swojego lidera i zaproponował mu odpoczynek w najbliższym meczu z Detroit. Zawodnik z uwagi na potworny ból przespał zaledwie dwie godziny i mógł przyjmować tylko płyny, lecz i tak pojawił się na parkiecie, rzucając 41 „oczek”. Po 56 spotkaniach kampanii zasadniczej był już rekordzistą w liczbie punktów zdobytych w trakcie jednych rozgrywek, bijąc wynik Boba Pettita ustanowiony w 72 meczach.

Wstąpienie Wilta Chamberlaina w szeregi Philadelphii Warriors przyczyniło się do nagłego wzrostu popularności NBA. Już w pierwszym jego sezonie w lidze łączna liczba kibiców odwiedzających hale wzrosła o pięćset tysięcy. Wojownicy zanotowali natomiast aż 37-procentowy skok zainteresowania ze strony fanów. „To najlepszy sezon zanotowany przez debiutanta w historii profesjonalnego sportu”, pisała o dokonaniach „Dippy’ego” prasa. Pomimo spektakularnego wdarcia się na koszykarskie salony, sam zawodnik nie był jednak nawet pewien, czy w kolejnych rozgrywkach założy ponownie koszulkę Wojowników lub jakiegokolwiek innego klubu NBA. – Jestem wdzięczny basketowi za wszystko to, co dzięki niemu osiągnąłem – mówił. – Moją pierwszą miłością jest jednak lekkoatletyka, a ja jestem przekonany, że stać mnie na pobicie rekordu świata w dziesięcioboju i chcę spróbować tego dokonać. Jeśli tylko otrzymam szansę, mogę nie mieć czasu na koszykówkę w następnym sezonie.

Chamberlain wypowiadając tamte słowa wyglądał naprawdę poważnie. Według Stana Lorbera, z zawodnikiem skontaktował się wpływowy promotor lekkoatletyczny, który zaoferował worek pieniędzy i możliwość podróżowania po całej Europie. Co ciekawe, Wiltowi spodobała się przede wszystkim możliwość zwiedzania Starego Kontynentu, gdyż sportowiec uwielbiał poszerzać swoje horyzonty. Oprócz tego pragnął również udowodnić sobie i całemu światu, że nie jest świetny tylko w jednej dyscyplinie, w której warunki fizyczne wyraźnie pomagają mu dominować nad resztą. Dodatkowo „Dippy” był załamany porażką z Boston Celtics w finale Wschodu, gdzie musiał uznać wyższość Billa Russella. Nic jednak nie wskazywało na najgorsze, gdyż otwarcie mówiło się o tym, że środkowy negocjuje nowy, trzyletni kontrakt z Wojownikami. – To koniec. Nigdy więcej nie zagram już w NBA – rzucił „Szczudło” po ostatnim meczu serii przeciwko Celtom. Eddie Gottlieb nie mógł uwierzyć własnym uszom, a w kuluarach zaczęto plotkować o tym, że poszło o pieniądze, i że Harlem Globetrotters zaoferowali Chamberlainowi roczny kontrakt za sto dwadzieścia pięć tysięcy „baksów”. Coś musiało być na rzeczy, gdyż center udał się z Obieżyświatami na europejskie tournée, a „Gotty”, będący bliskim przyjacielem Abe Sapersteina, po raz pierwszy od wielu lat nie dołączył do świty na czas podróży po Starym Kontynencie.

Ostatecznie okazało się jednak, że szef Philadelphii Warriors miał nietuzinkową moc przekonywania. W sierpniu 1960 roku ogłoszono, że Wilt Chamberlain związał się z klubem ze stanu Pensylwania trzyletnią umową, gwarantującą mu roczne zarobki na poziomie sześćdziesięciu pięciu tysięcy dolarów. W ówczesnych czasach była to naprawdę astronomiczna suma, czyniąca z dwudziestoczteroletniego chłopaka jednego z najlepiej opłacanych sportowców. Po czasie ujawniono, że zawodnik parafował właściwie trzy jednoroczne umowy, a tylko na jednej z nich widniała pensja. W pozostałych dwóch zostawiono puste miejsce.

Tuż przed pierwszym domowym starciem kampanii 1960/61 przeciwko Los Angeles Lakers, fani Wojowników odetchnęli z ulgą, kiedy usłyszeli z ust spikera Dave’a Zinkoffa nazwisko swojego lidera. „Dippy” miał ambicję stać się najlepszym sportowcem na świecie, dlatego ciężko pracował, żeby poprawić swoje i tak niebotyczne już notowania. Wydawać się może, iż zawodnik porwał się z motyką na słońce, ale ten kto nigdy nie widział w akcji Wilta Chamberlaina nie zrozumie, że dla niego nie istniały granice niemożliwe do przekroczenia. Wśród punktujących i zbierających „Dippy” znów nie miał sobie równych, a do pełni szczęścia zabrakło mu jedynie sukcesu zespołowego.

100 punktów

– Koszykówka nie jest sportem indywidualnym – powtarzał Frank McGuire, nowy trener Wojowników. Wilt zachwycał niemal w każdym meczu, ale jego zespół znów nie potrafił sprostać mocarnym Boston Celtics.

Kampania 1961/62 to dla ekipy z Filadelfii pasmo niepowodzeń w starciach z teamem ze stanu Massachusetts. Drużyna Billa Russella była bezlitosna w stosunku do Warriors, notując nawet serię sześciu triumfów pod rząd. Chamberlain potrafił rzucić 62 „oczka”, a i to okazywało się zbyt małym dorobkiem na armię dowodzoną przez Reda Auerbacha. Wojownicy mieli nadczłowieka w osobie „Dippy’ego”, ale bez odpowiedniej „obstawy” zawodnik ten nie był w stanie wygrywać w pojedynkę najważniejszych spotkań. Brakowało przede wszystkim rozgrywającego z prawdziwego zdarzenia, wyborowego strzelca oraz drugiego „wielkoluda”, mogącego sekundować Wiltowi.

Jeśli komuś się wydawało, że „Szczudło” w swoich dwóch pierwszych sezonach na parkietach NBA notował niebotyczne statystyki, to musi on koniecznie prześledzić dokonania legendarnego centra z rozgrywek 1961/62. 50,4 punktu oraz 25,7 zbiórki to średnie, do których nie byłby się w stanie choć zbliżyć żaden z obecnych zawodników najlepszej ligi basketu. Wielki mistrz miał jednak również jedną słabość – skuteczność na linii rzutów wolnych. W wyżej wymienionych zmaganiach wyniosła ona zaledwie 61,3 procent, co i tak jest najlepszym wynikiem w całej karierze Chamberlaina. – Podczas dwóch pierwszych sezonów nie był wcale taki słaby w tym elemencie – ocenia Paul Arizin, kumpel Wilta z ekipy Wojowników. – Miało się jednak wrażenie, że z roku na rok idzie mu coraz gorzej.

W dzisiejszych czasach osiągnięcie triple-double, czyli potrójnej zdobyczy dwucyfrowej w trzech z pięciu kategorii, obejmujących punkty, zbiórki, asysty, przechwyty oraz bloki, uważa się za fenomenalny występ. Ludzie, którzy mieli okazję na żywo podziwiać grę „Dippy’ego”, mówią iż ówczesny środkowy teamu z Pensylwanii w kampanii 1961/62 notował triple-double średnio w każdym spotkaniu. Według oficjalnych statystyk taka sztuka udała się tylko Oscarowi Robertsonowi, ale gdy po parkiecie biegał „Szczudło”, raporty meczowe nie obejmowały bloków, które są liczone dopiero od 1973 roku. – Według oficjalnej księgi rekordów Elmore Smith uzbierał najwięcej bloków w pojedynczym meczu – 17 – twierdzi Harvey Pollack, specjalista od statystyk NBA. – Tymczasem pamiętam, że w jednym spotkaniu naliczyłem Wiltowi aż 25 „czap”.

Wilt Chamberlain twierdził, że w swojej najlepszej formie fizycznej mógł pobić rekord świata w dziesięcioboju. Niektórzy pukają się w czoło, ale wytrzymałością urodzony w Filadelfii koszykarz bił na głowę wszystkich dzisiejszych herosów basketu. W sezonie zasadniczym 1961/62 przebywał na parkiecie średnio przez 48,5 minuty. To więcej niż pełne cztery kwarty! „Dippy” od początku do końca zagrał w 79 z 80 spotkań regular season, a 8 minut i 33 sekundy jednego ze starć opuścił tylko ze względu na otrzymanie dwóch przewinień technicznych za obrażenie sędziego. Pomimo tamtego incydentu, arbitrzy nigdy się jednak nie skarżyli na Chamberlaina i lubili prowadzić spotkania z jego udziałem. – Wiele razy kiedy używałem gwizdka, Wilt chwalił mnie pomimo tego, że odgwizdywałem jego przewinienie – mówi Norm Drucker, wieloletni arbiter NBA. – Rywale sprytnie go popychali, ale on nigdy się nie skarżył, ani się nie mścił. Po prostu grał w basket. Śledzę zawodową koszykówkę od chwili powstania NBA, czyli od 1946 roku i Wilt to zdecydowanie najlepszy center, jakiego miałem okazję podziwiać w akcji. Zbliżyć się do jego poziomu potrafił jedynie Kareem Abdul-Jabbar.

Z play-offs 1961/62 Wojownicy pożegnali się w finale Wschodu po porażce 3-4 z Boston Celtics. Największe wydarzenie tamtej kampanii miało jednak miejsce jeszcze w sezonie zasadniczym, a konkretnie 2 marca 1962 w hali Hershey Sports Arena, położonej… ponad sto trzydzieści kilometrów od Filadelfii. W ramach promocji ligi zespoły rozgrywały bowiem część swoich domowych spotkań w innych miastach. Otóż właśnie tamtego dnia, przed zaledwie czterotysięczną publicznością, Wilt Chamberlain zdobył dokładnie 100 (!!!) punktów w wygranym przez Warriors 169:147 starciu z New York Knicks.

Michael Jordan w jednym meczu NBA potrafił uzbierać maksymalnie 69 „oczek”. David Robinson rzucił kiedyś 71 punktów, a Kobe Bryant 81. Wszystkim im daleko jednak do wyczynu „Dippy’ego” i prawdopodobnie nigdy nie pojawi się zawodnik, który będzie w stanie pobić osiągnięcie wybitnego środkowego rodem z Filadelfii. – Nadejdzie chwila, w której Wilt zdobędzie 100 „oczek” – twierdził rozgniewany coach Warriors po porażce z Los Angeles Lakers w grudniu 1961 roku, kiedy to licznik punktów „Dippy’ego” zatrzymał się na liczbie „78”. Tylko nieliczni potraktowali wówczas słowa trenera poważnie, bo już tamta zdobycz centra Wojowników budziła niesłychany podziw.

Przed starciem z nowojorczykami chłopcy Franka McGuire’a mieli dwa dni odpoczynku, co jak na warunki NBA jest sporym komfortem. Wilt, jak to on, nie zamierzał leżeć na kanapie i czytać książek. Wolny czas spożytkował na chwile zapomnienia u boku przedstawicielek płci pięknej. W noc poprzedzającą mecz nie zmrużył nawet oka i o ósmej rano wsiadł w pociąg do Filadelfii. „Szczudło” nie mieszkał bowiem w rodzinnym mieście, a na treningi oraz mecze dojeżdżał z… Nowego Jorku. – W pociągu nie mogłem spać, bo bałem się, że obudzę się gdzieś w Wirginii – opowiadał. – Kiedy dotarłem na miejsce, autobus zabrał całą drużynę do Hershey. Zespół przybył do Hershey Sports Arena o siedemnastej, trzy godziny przed rozpoczęciem widowiska, które otwierało starcie Harlem Globetrotters z teamem złożonym z futbolistów Philadelphia Eagles i Baltimore Colts. Warriors i Knicks wybiegli na parkiet dokładnie o dwudziestej pierwszej trzydzieści.

W dzisiejszych czasach na każdym spotkaniu ligi zawodowej obecna jest telewizja, a transmisje przekazywane są do ponad stu krajów na całym świecie. Najciekawsze akcje wszystkich meczów można bez problemu obejrzeć w internecie lub na specjalnym kanale NBA TV. 2 marca 1962 roku kibice nieobecni na starciu Philadelphii Warriors z New York Knicks musieli zadowolić się sprawozdaniem radiowym, gdyż w wypełnionej zaledwie do połowy hali w Hershey nie było żadnej kamery. Nikt wówczas nie przypuszczał, że w czasie jednego z wielu spotkań sezonu zasadniczego ustanowiony zostanie rekord wszech czasów w liczbie punktów zdobytych przez jednego zawodnika w pojedynczym meczu. „Dippy” w pierwszej kwarcie uzbierał aż 22 „oczka” i przyznał po fakcie, że czuł, iż tamtego wieczora dokona czegoś spektakularnego, ale jak się później okazało, przebił swoje oczekiwania ze znaczną nawiązką: – W ogóle nie myślałem, że zdobędę wiele punktów, ale gdy trafiłem dziewiąty rzut wolny z rzędu, miałem nadzieję na pobicie rekordu na linii osobistych.

Po pierwszej połowie Wojownicy prowadzili z Knicks 79:68, a Wilt miał na koncie 41 „oczek” i wyglądał na szalenie zmotywowanego do rozprawienia się ze swoim rekordem, ustanowionym w starciu z Jeziorowcami. – „Dippy” zawsze nosił gumowe opaski na nadgarstku – wspomina Paul Arizin. – Podczas naszego poprzedniego starcia z Knicks wszyscy rywale wyszli na parkiet w takich opaskach, chcąc zapewne wkurzyć Wilta. Inną motywacją dla Chamberlaina mógł być środkowy nowojorczyków, Darrall Imhoff, słynący ze wspaniałej gry defensywnej. „Szczudło” uwielbiał udowadniać obrońcom, że może zrobić z nimi dosłownie wszystko.

Na dziesięć minut przed końcową syreną Wilt miał w dorobku 75 punktów, a jego koledzy zrywali się z ławki rezerwowych po każdym celnym rzucie. Nowy rekord wyraźnie wisiał w powietrzu. Po podaniu od Guya Rodgersa i celnej próbie z odchylenia osiągnięcie przeciwko Los Angeles Lakers stało się historią. Gdy Chamberlain zdobywał osiemdziesiąte czwarte oczko, sprawozdawca radiowy Bill Campbell rzekł do swoich słuchaczy: – Jeśli w pobliżu ciebie jest ktoś, kto nas nie słucha, zawołaj go natychmiast do odbiornika. W ten sposób wszyscy staniemy się częścią historii. Publika reagowała niesłychanie żywiołowo na każde dotknięcie piłki przez „Szczudło”. Wszyscy mieli bowiem w głowach, iż zawodnik gospodarzy może uzbierać magiczną liczbę 100 „oczek”, która jeszcze niedawno wydawała się niemożliwa do zdobycia przez jednego człowieka na poziomie NBA. Knicks byli tak przestraszeni możliwą kompromitacją swojej defensywy, że za wszelką cenę starali się odcinać Chamberlaina