Spis treści
Data publikacji: 21 października 2018, ostatnia aktualizacja: 28 maja 2026.
– Kładłem się do łóżka z myślą, że już nie chcę się obudzić. Miałem bardzo niską samoocenę, nie lubiłem siebie. Depresja nie przeszkodziła mi jednak w zawodowej karierze – opowiada Jerry West, czyli człowiek, którego sylwetka widnieje w logo ligi NBA.
Śmierć brata i strzelba pod łóżkiem
„The Logo”, jak zaczęto go później nazywać, przyszedł na świat 28 maja 1938 roku w Chelyan w stanie Wirginia Zachodnia. Miał pięcioro rodzeństwa, a najbliższe relacje łączyły go z o dziesięć lat starszym bratem Davidem, który zawsze go chronił oraz namawiał do pójścia na studia i postawienia w życiu na sport. David był zawodowym żołnierzem i niestety nie doczekał sukcesów Jerry’ego, ponieważ w 1950 roku zginął podczas walk na Półwyspie Koreańskim. Tragedia ta odcisnęła piętno na całej rodzinie Westów, a największe na Jerrym i jego ojcu. Ten pierwszy zamknął się w sobie, a drugi stał się bardzo nerwowym i agresywnym człowiekiem.
– Zdarzało się, że lał mnie pasem – wspomina „The Logo”. – Nie wiedziałem jak mu się przeciwstawić, dopóki nie uderzył mojej siostry. Od tamtego czasu trzymałem pod łóżkiem strzelbę i zagroziłem, że jej użyję, jeśli sytuacja się powtórzy.
West Virginia University
Jerry pasję do basketu odkrył w sobie jeszcze w dzieciństwie, a umiejętności szlifował rzucając piłką do prowizorycznego kosza zamontowanego na ścianie sąsiedniego budynku. Jego talent eksplodował w liceum w East Bank, gdzie jako najlepszy zawodnik zespołu poprowadził go do mistrzostwa stanowego. Był tak dobry, że miasteczko na jeden dzień zmieniło na jego cześć nazwę na West Bank. Jerry’ego chciało mieć u siebie około sześćdziesiąt uczelni, ale chłopak nie miał zamiaru wyjeżdżać zbyt daleko od rodziny i wybrał West Virginia University. Tam również nie próżnował, czego efektem było mistrzostwo NCAA na drugim roku studiów.
– Kiedy szliśmy na ryby, zawsze wyobrażałem sobie, że to ja wracam do domu z największą sztuką – mówi. – Z tego powodu zostawałem nad wodą jeszcze kilka godzin po tym jak wszyscy sobie poszli. Z koszykówką było podobnie. Grając w pojedynkę na podwórku byłem jednocześnie trenerem oraz zawodnikiem oddającym decydujący rzut.
Draft NBA
W trzecim sezonie na uczelni „The Logo” notował średnio 29,3 punktu, 16,5 zbiórki oraz 4,3 asysty. Z igrzysk olimpijskich w Rzymie wrócił ze złotym medalem na szyi, a w drafcie NBA w 1960 roku został wybrany z numerem drugim, tuż za gwiazdą Cincinnati – Oscarem Robertsonem. West trafił oficjalnie do zespołu Minneapolis Lakers, który jednak jeszcze przed sezonem 1960/61 przeniósł się do Los Angeles. Choć wiązano z nim olbrzymie nadzieje, to jednak w tamtym czasie „The Big O” wydawał się odrobinę lepszym zawodnikiem.
– Robertson był znakomity już w bardzo młodym wieku – twierdzi. – Gdy przyszedł do ligi, nie wyglądał jak debiutant. Ba, grał wtedy jak weteran. Doskonale wykorzystywał na parkiecie swój wzrost oraz umiejętność panowania nad piłką. Ja w swoim pierwszym sezonie w lidze grałem jak nowicjusz, a on zupełnie go nie przypominał.
Przenosiny do LA i przegrane finały
Ekipa Jeziorowców żegnała się z Minneapolis w złej sławie, kończąc sezon 1959/60 z bilansem 25-50. W kolejnych rozgrywkach, już z „The Logo” na pokładzie, było niewiele lepiej, ale w kampanii 1961/62 nastąpił przełom. Los Angeles Lakers dotarli wówczas do wielkiego finału, ulegając zaledwie 3-4 niesamowitym Boston Celtics, napędzanym przez legendarnego Billa Russella.
– Gdy dołączyłem do Lakersów, byli oni najgorszą drużyną w lidze, a dwa lata później graliśmy już w finałach NBA – zauważa. – To było aż przytłaczające, że w takim tempie z jednego z wielu zespołów staliśmy się głównym rywalem wspaniałych Celtów. Być może nasza historia potoczyłaby się inaczej, gdyby Frank Selvy trafił ten pamiętny rzut w finałach A.D. 1962. Moglibyśmy wówczas wygrać więcej tytułów dzięki uzyskanej pewności siebie. Warto również pamiętać, że w sporcie potrzebna jest też odrobina szczęścia, którego brakowało niejednemu zawodnikowi rywalizującemu na najwyższym poziomie.
West vs. Robertson
Lata sześćdziesiąte w NBA to przede wszystkim pamiętne starcia Billa Russella z Wiltem Chamberlainem. Oprócz bitew tych gigantów toczono jednak również znakomite pojedynki na niższych wysokościach, a ich bohaterami byli Jerry West i Oscar Robertson.
– Na początku nie było pomiędzy nami rywalizacji, ale po czterech czy pięciu latach sytuacja uległa zmianie – ocenia. – Według mnie o rywalizacji pomiędzy zawodnikami tak naprawdę można mówić jeśli podczas meczu wzajemnie się pilnują. Swego czasu dużo się mówiło o pojedynkach Magica Johnsona z Larrym Birdem, ale oni nie strzegli się nawzajem. Co innego Bill Russell i Wilt Chamberlain czy ja z Robertsonem.
Przeklęty Boston
W latach 1963, 1965 i 1966 Lakersi mieli kolejne okazje do pokonania w finałowej serii Boston Celtics. Wszystkie próby zakończyły się fiaskiem, lecz w 1967 roku niemal niemożliwego dokonał zespół Philadelphia 76ers z Wiltem Chamberlainem w składzie. Siedemdziesiątki Szóstki odprawiły team ze stanu Massachusetts w finałach Wschodu, po czym w serii decydującej o mistrzostwie pokonały San Francisco Warriors.
– Gdy jedna drużyna pod wodzą jednego zawodnika zaczyna seryjnie wygrywać, ludzie szukają kogoś, kto będzie w stanie przerwać tę hegemonię – tłumaczy. – Tym kimś okazał się Wilt Chamberlain i choć jego zespoły potrafiły zwyciężać, to ich rywalizacja z Billem Russellem i Boston Celtics była jak bicie głową w mur. Wilt okazał się jednak graczem, który wzniósł NBA na inny poziom. Wcześniej hale zapełniały się właściwie tylko podczas playoffs, a zawodnicy nie cieszyli się zbyt wielką sławą. On to zmienił.
Elgin Baylor
Gdy mowa o najbardziej niedocenianych graczach w dziejach NBA, nie można pominąć Elgina Baylora. Jedenaście występów w Meczu Gwiazd oraz dziesięciokrotny wybór do pierwszej piątki ligi to nie przypadek. Zawodnik ten całą karierę spędził w zespole Jeziorowców, w tym dziewięć sezonów u boku Jerry’ego Westa, ale nie było mu dane posmakować mistrzowskiego pierścienia. Boston Celtics pokonywali Los Angeles Lakers w finałach NBA 1962, 1963, 1965, 1966, 1968 i 1969, a w 1970 roku lepsi okazali się New York Knicks.
– On był wyjątkowy – twierdzi. – Pomimo niskiego wzrostu rządził w pomalowanym. Poziomem umiejętności górował nad każdym rywalem. Świetnie panował nad piłką i doskonale radził sobie zarówno blisko kosza, jak i na dystansie. W ataku zawsze potrafił zaskoczyć jakimś nieszablonowym zagraniem, ale również był wspaniałym kolegą z drużyny i za to ceniliśmy go najbardziej.
Upragniony pierścień
W 1969 roku w stroju Los Angeles Lakers biegał już po parkiecie Wilt Chamberlain, ale Jeziorowcy znów musieli uznać wyższość Celtów w serii decydującej o tytule. Jerry West zgarnął wówczas statuetkę MVP finałów i do dziś pozostaje jedynym zawodnikiem wicemistrzowskiej drużyny, który otrzymał to wyróżnienie. Po zakończeniu kariery przez Billa Russella marzeń o pierścieniu pozbawili Jeziorowców New York Knicks, na których „The Logo” i spółka wzięli rewanż dwa lata później. Elgin Baylor przebywał już wówczas na sportowej emeryturze, a Jerry West wywalczył swoje pierwsze i zarazem jedyne mistrzostwo w dopiero ósmym występie w finałach.
– W zespole mieliśmy więcej talentów niż mogłoby się wydawać – wspomina. – W końcu aż trzech z nas znalazło się później w Koszykarskiej Galerii Sław. Dla mnie jedynym mankamentem było to, że moja kariera zmierzała już ku końcowi. Cały czas notowałem dobre statystyki, ale nie dominowałem tak jak wcześniej. Stanowiliśmy zgrany team i przede wszystkim omijały nas kontuzje. Napędziło nas też znakomite otwarcie sezonu. Nigdy wcześniej takiego nie mieliśmy.
Koniec kariery
Team z Kalifornii tylko przez dwanaście miesięcy mógł się szczycić mianem najlepszego zespołu w NBA. W finałach A.D. 1973 nowojorczycy odebrali to, co stracili rok wcześniej, lecz wcale nie frustracja z powodu ośmiu porażek w dziewięciu finałach wpłynęła na decyzję Jerry’ego Westa o przejściu na sportową emeryturę po sezonie 1973/74.
– Perspektywa porażki to coś, z czym trzeba zmagać się przez cały czas bez względu na to ile do tej pory wygrałeś – tłumaczy. – Ja jednak cieszyłem się grą, bo uwielbiałem rywalizację i towarzyszący jej dreszczyk emocji. To uczucie mnie napędzało. Gdy pewnego dnia siedziałem w szatni przed meczem i nie czułem tego dreszczyku, zrozumiałem iż nastała chwila, w której trzeba powiedzieć „pas”.
Legenda
Jerry West nosi na palcu tylko jeden mistrzowski pierścień, ale w zawodowej koszykówce osiągnął znacznie więcej. „The Logo” we wszystkich czternastu sezonach na parkietach NBA był nominowany do występu w Meczu Gwiazd. Poza tym dziesięciokrotnie wybierano go do pierwszej piątki ligi, a czterokrotnie do zespołu najlepszych obrońców. W sezonie 1969/70 pochodzący z Wirginii Zachodniej koszykarz został królem strzelców NBA, a w kampanii 1971/72 najlepszym podającym. Jego średnie z całej kariery są imponujące: 27 punktów, 5,8 zbiórki oraz 6,7 asysty. Numer „44”, z którym występował, został zastrzeżony przez Los Angeles Lakers.
– Z czasów bycia zawodnikiem najmilej wspominam ten dreszczyk emocji przed meczem, kiedy siedząc w szatni rozmyślałem o czekającym mnie pojedynku z Oscarem Robertsonem lub jakimś innym znakomitym graczem – mówi. – Zawsze powtarzam, że gdyby kibice również mogli doświadczyć tego uczucia, prawdopodobnie bardziej docenialiby starania swoich ulubieńców.
Boston Celtics w latach 1957-69 zgarnęli aż jedenaście z trzynastu możliwych tytułów mistrzowskich. Zapytany o to, czy Lakersi z nim w składzie osiągnęliby więcej, gdyby mieli okazję występować w innej epoce, West unika jednoznacznej odpowiedzi. Ucieka również od dywagacji na temat tego, czy ówczesne zespoły byłyby w stanie rywalizować w dzisiejszym baskecie.
– Na przestrzeni lat koszykówka bardzo się zmieniła – ocenia. – Dziś trudno sobie wyobrazić, żeby po parkiecie biegało aż tylu wielkoludów. Każdy kurczowo pilnował swego, a podwojenia były rzadkością. Gra toczyła się również w szybszym tempie, co wpływało na większą liczbę zdobywanych punktów.
W 1980 roku Jerry został włączony do Koszykarskiej Galerii Sław im. Jamesa Naismitha. Gdyby miał wybierać czasy, w których chciałby rywalizować, bardziej skłania się ku latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych niż obecnej NBA. Jako powód podaje… relacje międzyludzkie.
– W tamtej epoce nie spotykało się raczej zawodników, którzy oddzielali się od grupy – zauważa. – W zespołach panowało wówczas większe poczucie koleżeństwa, a warunki wcale nie należały do najłatwiejszych, ponieważ trzy mecze w ciągu trzech dni stanowiły chleb powszedni tamtej NBA. Pamiętam, że pewnego razu rozegraliśmy pięć spotkań dzień po dniu, zaczynając w Los Angeles, a kończąc na Wschodnim Wybrzeżu. To było piekło, ale i tak uśmiechałeś się do kolegów, a wszyscy się dobrze bawili w trakcie podróży.
Trener i działacz
Po przejściu na sportową emeryturę „The Logo” odnalazł się najpierw w roli trenera, a następnie generalnego menadżera Los Angeles Lakers. W latach 1982-2000 z Westem na pokładzie Jeziorowcy zdołali sięgnąć po pięć tytułów mistrzowskich, a on sam dwukrotnie został nagrodzony statuetką działacza roku. Po odejściu z klubu swojego życia Jerry pracował jeszcze w Memphis Grizzlies i Golden State Warriors, a w 2017 roku znalazł zatrudnienie w Los Angeles Clippers.
12 czerwca 2024 roku media na całym świecie powiadomiły o śmierci Jerry’ego Westa. Legendarny „The Logo” odszedł bezboleśnie, w otoczeniu najbliższych. Miał osiemdziesiąt sześć lat.
Bibliografia:
- espn.com,
- nba.com,
- Sports Illustrated.
Foto: gettyimages.com
- Andrzej Grubba – czarodziej rakietki, który podbił świat - 14 lipca 2026
- Retrospekcja: historia oficjalnych gier mistrzostw świata w piłce nożnej - 9 czerwca 2026
- Retrospekcja: Pro Evolution Soccer 6 - 11 maja 2026



