Andrzej Grubba – czarodziej rakietki, który podbił świat

Andrzej Grubba

Data publikacji: 14 lipca 2026, ostatnia aktualizacja: 14 lipca 2026.

Był jednym z najwybitniejszych polskich sportowców lat osiemdziesiątych i najlepszym tenisistą stołowym w historii Polski. Zdobywał medale mistrzostw świata i Europy, wygrał Puchar Świata, zachwycał techniką, refleksem i słynną zmianą ręki w trakcie wymian. A jednak jego kariera ma też drugą stronę: brak olimpijskiego medalu, porażki w najważniejszych momentach i sport uprawiany na światowym poziomie w dyscyplinie, która w Polsce długo kojarzyła się bardziej ze świetlicą niż z wielkim widowiskiem. Poznaj historię Andrzeja Grubby – od Brzeźna Wielkiego i Zelgoszczy, przez triumf w Chinach, aż po przedwczesną śmierć w wieku zaledwie 47 lat.

Korzenie

Brzeźno Wielkie to niewielka wieś położona niedaleko Starogardu Gdańskiego. Dziś łatwo byłoby napisać, że właśnie tam 14 maja 1958 roku urodził się przyszły najwybitniejszy tenisista stołowy w historii Polski, ale w tamtym momencie nikt oczywiście nie patrzył na małego Andrzeja Grubbę jak na człowieka, który pewnego dnia będzie ogrywał Chińczyków, wygrywał Puchar Świata i doprowadzał do szału rywali samym sposobem trzymania rakietki. Był po prostu drugim synem Alojzego i Ludomiry Grubbów, chłopakiem z Kociewia, który miał starszego brata Jerzego i dorastał w świecie znacznie bardziej zwyczajnym niż ten, do którego później zaprowadził go sport.

Rodzina Grubbów szybko związała się z Zelgoszczą. To właśnie tam Andrzej po raz pierwszy na poważnie zetknął się ze sportem, choć wcale nie było przesądzone, że zostanie tenisistą stołowym. Ojciec był działaczem sportowym i pierwszym człowiekiem, który pokazał mu, że mały celuloidowy świat może być czymś więcej niż rozrywką po lekcjach. Grubba zaczynał w LZS Zelgoszcz, a więc w rzeczywistości bardzo odległej od wielkich hal, kamer telewizyjnych i międzynarodowych turniejów.

W tym jest zresztą pierwszy paradoks jego historii. Tenis stołowy przez lata kojarzył się w Polsce bardziej ze świetlicą, szkolnym korytarzem i remizą niż z zawodowym sportem na najwyższym poziomie. Grubba wyrósł właśnie z takiego świata, ale nie pozwolił, żeby ten świat go ograniczył. Z czasem stał się człowiekiem, który tę dyscyplinę w Polsce wyciągnął z cienia. Nie sam, bo obok niego był choćby Leszek Kucharski, ale to Grubba miał w sobie coś, co przyciągało uwagę nawet tych, którzy na co dzień nie odróżniali topspina od podcięcia.

Z piłki nożnej i lekkoatletyki do tenisa stołowego

Andrzej Grubba nie był dzieckiem jednej dyscypliny. Zanim stał się symbolem tenisa stołowego, próbował różnych sportów i miał do nich naturalny talent. Wyróżniał się w piłce nożnej, rzucie oszczepem czy skoku w dal. Nie wyglądało to więc tak, że od początku postawiono go przy stole i kazano odbijać piłeczkę aż do znudzenia. Przeciwnie – był sprawnym, ruchliwym chłopakiem, który prawdopodobnie w kilku innych dyscyplinach też mógłby dojść daleko.

Ostatecznie wygrał jednak tenis stołowy. Może dlatego, że w nim najlepiej łączyły się cechy, które później stały się znakiem firmowym Grubby: refleks, spryt, odwaga, koordynacja i pewna artystyczna bezczelność. Przy stole nie wystarczyło być silnym ani szybkim. Trzeba było jeszcze widzieć pewne rzeczy ułamek sekundy szybciej niż rywal. A Grubba tę umiejętność miał we krwi.

– Mój brat grał mi ciągle tuż za siateczkę – wspominał dzieciństwo w swojej autobiografii pt. „Andrzej Grubba. Ostatnia piłka”. – Nie byłem w stanie sięgnąć, więc podpierałem się na silniejszej ręce, a rakietkę przerzucałem do prawej. Miałem ciężki, wietnamski sprzęt, więc musiałem sobie wypracować takie uderzenie, przy którym angażowałem całe ciało. Zostało mi ono na lata i było kluczem do wielu poważnych pojedynków. Ten bekhend narodził się w Zelgoszczy, a służył dobrze do końca zawodowej kariery.

Nie był typem zawodnika, którego dałoby się opisać wyłącznie tabelą wyników. Oczywiście, liczby robią wrażenie: 26 tytułów mistrza Polski, dwanaście medali mistrzostw Europy, trzy krążki mistrzostw świata i trzy starty olimpijskie. Ale w jego przypadku równie ważne było to, jak grał. Publiczność lubi sportowców skutecznych, lecz naprawdę pamięta tych, którzy robią coś po swojemu. Grubba właśnie taki był – nie do końca podręcznikowy, nie zawsze najłatwiejszy do zaszufladkowania, ale za to natychmiast rozpoznawalny.

Pierwsze kluby

Droga Grubby na szczyt zaczęła się lokalnie. Najpierw był LZS Zelgoszcz, później Neptun Starogard, a następnie Gdańsk, który stał się jednym z najważniejszych miejsc w jego sportowym życiu. W 1973 roku trafił do AZS Uniwersytet Gdański, a trzy lata później do AZS-AWF Gdańsk. To już nie była tylko zabawa utalentowanego chłopaka z Kociewia, ale początek kariery zawodnika, który coraz bardziej się wyróżniał na krajowym podwórku.

Nie był jednak produktem luksusowego systemu szkolenia. Nie wyrósł w idealnych warunkach, nie miał za plecami wielkiej sportowej machiny, która od dziecka prowadziła go za rękę. Jego historia bardziej pasuje do polskiego sportu tamtych czasów: talent, upór, lokalny trener, dużo improwizacji i wiara w to, że można dojść naprawdę daleko.

To właśnie dlatego Grubba szybko stał się kimś więcej niż tylko dobrym zawodnikiem. Był dowodem, że w sporcie nie zawsze decyduje skala zaplecza. Czasem wystarczy stół, rakietka, człowiek, który cię dostrzeże i pasja do treningu.

AZS Gdańsk i narodziny zawodowca

Przeprowadzka do Gdańska okazała się momentem, bez którego trudno wyobrazić sobie dalszą karierę Andrzeja Grubby. To właśnie tam trafił jako nastolatek dzięki ludziom, którzy dostrzegli w nim potencjał znacznie większy niż tylko na sukcesy w wojewódzkich turniejach. Co ciekawe, jedną z osób, które najmocniej zabiegały o jego przejście do AZS Uniwersytetu Gdańskiego, była Magdalena Skuratowicz-Kucharska – wielokrotna mistrzyni Polski i matka Leszka Kucharskiego. Miała oko do talentów i uznała, że piętnastoletni chłopak z Kociewia powinien rozwijać się właśnie w Gdańsku.

Był to okres, w którym polski tenis stołowy należał do europejskiej czołówki. W AZS Grubba nie tylko trafił na znakomite warunki treningowe, ale również codziennie rywalizował z zawodnikami reprezentującymi najwyższy poziom. Sport przestał być dodatkiem do życia, a stał się jego osią.

Efekty przyszły bardzo szybko. W 1979 roku, mając zaledwie 21 lat, Andrzej Grubba po raz pierwszy zdobył mistrzostwo Polski w grze pojedynczej. Co znamienne, w finale pokonał… Leszka Kucharskiego. Dla obu był to dopiero początek wieloletniej rywalizacji, ale także jednej z najbardziej owocnych współprac w historii polskiego sportu.

W kolejnych latach Grubba praktycznie zmonopolizował krajowe rozgrywki. Łącznie wywalczył 26 tytułów mistrza Polski we wszystkich konkurencjach, a jego nazwisko niemal co roku pojawiało się na szczycie krajowych klasyfikacji. Jednocześnie coraz częściej dawał o sobie znać na arenie międzynarodowej, gdzie szybko okazało się, że nie zamierza być jedynie statystą w starciach z Chińczykami, Szwedami czy Węgrami.

Dla kibiców był jednak kimś więcej niż seryjnym zdobywcą medali. Już wtedy zwracano uwagę na jego niepowtarzalny styl. Grał odważnie, nie bał się ryzyka, potrafił zaskakiwać rozwiązaniami, których inni nawet nie próbowali. Nie był zawodnikiem wyrachowanym. Lubił grać efektownie, a publiczność szybko go za to pokochała.

Grubba i Kucharski

W historii polskiego sportu trudno znaleźć wielu zawodników, którzy jednocześnie przez lata byli dla siebie największymi rywalami i najważniejszymi partnerami. Tak właśnie wyglądała relacja Andrzeja Grubby i Leszka Kucharskiego.

Na krajowym podwórku niemal nieustannie walczyli o tytuły mistrza Polski. Raz wygrywał jeden, raz drugi, ale kiedy zakładali koszulki reprezentacji Polski, stawali się duetem, którego obawiały się największe potęgi światowego tenisa stołowego.

Największy sukces odnieśli podczas mistrzostw świata w New Delhi w 1987 roku. Grubba i Kucharski zdobyli brązowy medal w grze podwójnej, co do dziś pozostaje jednym z największych osiągnięć polskiego debla w historii tej dyscypliny. Dwa lata wcześniej wspólnie wywalczyli również brąz w rywalizacji drużynowej mistrzostw świata.

Ich współpraca nie oznaczała jednak, że zawsze się ze sobą zgadzali. Obaj mieli silne charaktery, ogromne ambicje i nie znosili przegrywać. Rywalizacja na treningach bywała równie zacięta jak podczas oficjalnych meczów. Paradoksalnie właśnie to sprawiało, że wzajemnie podnosili swój poziom. Każdy sukces jednego mobilizował drugiego do jeszcze cięższej pracy.

– Byliśmy blisko. Często spędzaliśmy Sylwestra, spotykaliśmy się całymi rodzinami. Oczywiście bywały też gorsze chwile, ale tak to już jest w tym naszym życiu – opowiada Kucharski w wywiadzie dla TVP Sport.

Jeden i drugi należeli do światowej czołówki, ale to Grubba był tym, który częściej przyciągał uwagę kibiców swoją kreatywnością i widowiskowym stylem gry. Kucharski imponował regularnością oraz walecznością. Razem stworzyli duet, dzięki któremu Polska przez kilka lat liczyła się w walce z największymi potęgami światowego tenisa stołowego.

– A mimo wszystko uważam, że nie osiągnęliśmy tego, do czego byliśmy predysponowani – ocenia gorzko Kucharski.

Andrzej Grubba i Leszek Kucharski
Andrzej Grubba i Leszek Kucharski w akcji

Europejska czołówka

Andrzej Grubba regularnie rywalizował też z najlepszymi w Europie, a ta w latach osiemdziesiątych była w tenisie stołowym kontynentem naprawdę mocnym. Szwedzi mieli Mikaela Appelgrena, Jana-Ove Waldnera i Erika Lindha, Węgrzy Tibora Klampára, Francuzi Jacques’a Secrétina, a coraz mocniej do głosu zaczynali dochodzić kolejni zawodnicy, którzy nie mieli żadnych kompleksów wobec Azjatów.

Grubba pasował do tego świata idealnie, choć na pierwszy rzut oka nie był produktem wielkiej sportowej fabryki. Chłopak z Kociewia, wychowany w polskich realiach, wszedł między największych i nie wyglądał tam jak gość zaproszony przez pomyłkę. W 1982 roku w Budapeszcie został mistrzem Europy w grze mieszanej razem z Holenderką Bettine Vriesekoop. Dwa lata później w Moskwie zdobył srebro mistrzostw Europy w singlu, a w 1985 roku wygrał prestiżowy turniej Europa TOP 12. To nie były sukcesy z przypadku, lecz kolejne dowody, że Polska ma zawodnika, który może wygrać z każdym.

W tym samym czasie Grubba wciąż musiał burzyć stereotypy. Z jednej strony był jednym z najlepszych tenisistów stołowych na świecie. Z drugiej – nie rywalizował w dyscyplinie, która w Polsce gwarantowała status sportowego celebryty. Tenis stołowy bywał traktowany z przymrużeniem oka, jak sport świetlicowy, niemal domowy.

Nie był maszyną do odbijania celuloidowej piłeczki. Był artystą szybkich decyzji. Potrafił grać efektownie, czasem ryzykownie, ale przy tym niezwykle skutecznie. Do dziś podkreśla się jego widowiskowy styl, mocny backhand i umiejętność gry lewą ręką w trakcie wymian.

To właśnie dlatego publiczność tak łatwo go zapamiętywała. W sporcie pełnym powtarzalnych ruchów Grubba wyglądał jak ktoś, kto za każdym razem zostawia sobie margines na improwizację. A że przy okazji zdobywał medale, nikt nie mógł powiedzieć, że to tylko efektowna sztuczka.

Puchar Świata 1988

Największy indywidualny sukces Andrzeja Grubby przyszedł w 1988 roku w Chinach. Brzmi to niemal symbolicznie, bo w tenisie stołowym wygrać z Chińczykami to jedno, ale wygrać prestiżowy turniej na ich terenie, przy ich publiczności i przeciwko ich najlepszym zawodnikom – to już zupełnie inna historia.

Puchar Świata odbywał się wtedy w Kantonie i Wuhan. Chińczycy chcieli potwierdzić dominację w swojej dyscyplinie, ale Grubba popsuł im scenariusz. W końcowej klasyfikacji wyprzedził Chena Longcana i Jianga Jialianga, czyli dwóch przedstawicieli potęgi, która od lat wyznaczała standardy światowego tenisa stołowego.

To nie był jednorazowy wyskok. Grubba już wcześniej był blisko. W 1985 roku zajął drugie miejsce w Pucharze Świata, a w 1989 roku ponownie dotarł do finału tych rozgrywek. Triumf z 1988 roku pozostaje jednak jego najważniejszym indywidualnym zwycięstwem i jednym z największych sukcesów w historii polskiego tenisa stołowego.

W tym zwycięstwie jest coś więcej niż tylko sportowy wynik. Polak wygrał w kraju, w którym tenis stołowy jest niemal dobrem narodowym. Nie przyjechał tam jako faworyt, nie miał za sobą trybun ani lokalnego systemu. Miał za to refleks, technikę, odwagę i tę swoją nieprzewidywalność, która najlepszych rywali potrafiła wytrącić z rytmu.

Grubba wygrał z wyobrażeniem, że w tenisie stołowym pewne rzeczy są zarezerwowane dla innych: dla Chińczyków, Szwedów i zawodników z mocniejszych systemów oraz ludzi z większym zapleczem. W 1988 roku przy stole w Chinach najlepszy był jednak Polak.

Niepodrabialny wirtuoz

Andrzej Grubba nie był tenisistą stołowym, którego dało się pomylić z kimkolwiek innym. W czasach, gdy wielu zawodników budowało grę na żelaznej powtarzalności, on potrafił wyglądać przy stole jak ktoś, kto za chwilę zrobi coś kompletnie nieracjonalnego, a po sekundzie okaże się, że właśnie na tym polegał cały plan.

W tym tkwiła jego magia. Nie chodziło wyłącznie o to, że odbijał piłeczkę szybciej albo mocniej. Grubba sprawiał wrażenie zawodnika, który ma w głowie więcej wariantów niż przeciwnik po drugiej stronie stołu. Kiedy rywal spodziewał się jednego rozwiązania, Polak potrafił wybrać drugie. Kiedy wydawało się, że jest spóźniony, nagle zmieniał rękę. Kiedy akcja powinna się skończyć, jeszcze ją przedłużał.

Tak rodzi się sportowa legenda. Nie tylko z medali, tabel i rankingów, ale z obrazów, które zostają ludziom w głowie. Jednym zapamiętanym uderzeniem można czasem powiedzieć o zawodniku więcej niż całą listą wyników.

Grubba miał tę przewagę, że jego gra była jednocześnie skuteczna i widowiskowa. To rzadkie połączenie. Wielu sportowców potrafi wygrywać brzydko, inni przegrywają pięknie. On przez lata potrafił robić jedno i drugie: zachwycać oraz wygrywać. Dlatego nawet ci, którzy tenis stołowy oglądali od święta, wiedzieli że jeśli przy stole stoi Grubba, warto patrzeć uważnie.

Światowy numer trzy

W biografii Andrzeja Grubby łatwo popaść w ton pomnikowy. Był najlepszym polskim tenisistą stołowym w historii, wygrał Puchar Świata, zdobywał medale mistrzostw świata i Europy, a w Polsce przez moment wyniósł swoją dyscyplinę daleko poza sportową niszę. Tyle że uczciwa opowieść nie może kończyć się na zachwycie.

Grubba był wielki, ale nigdy nie został mistrzem świata w singlu. Nigdy nie zdobył olimpijskiego medalu. Nigdy nie był też numerem jeden światowego rankingu. Najwyżej dotarł na trzecie miejsce i utrzymywał się tam od połowy 1989 roku do końca 1991 roku.

– Ten 1988 rok był dla Andrzeja pechowy – ocenia jego przyjaciel Andrzej Person na łamach serwisu TVP Sport. – Przed wyjazdem do Seulu wygrał przecież Puchar Świata. Był numerem jeden globu i… przegrał z sympatycznym Szwedem. Jaki mógł być powód tamtych porażek? Nie wiem. Czasem sobie myślę, że gdyby Grubba grał lewą ręką, swoją lepszą, zamiast prawą, to wygrałby te najistotniejsze turnieje. Ktoś kiedyś kazał mu przełożyć rakietkę do prawej i tak grać. Dorastał przecież w czasach, w których mańkut był piętnowany.

To nie jest zarzut, raczej miara epoki, w której przyszło mu grać. Lata osiemdziesiąte i początek dziewięćdziesiątych były czasem potężnych Chińczyków, coraz mocniejszych Szwedów i kilku innych Europejczyków, którzy nie zamierzali nikomu ustępować. W tym świecie Grubba nie był lokalnym bohaterem dopisanym do listy faworytów z grzeczności. Był pełnoprawnym uczestnikiem walki o najwyższe cele.

Ale właśnie dlatego jego niespełnienia bolą bardziej. Brąz mistrzostw świata w singlu z 1989 roku był sukcesem, lecz jednocześnie przypomnieniem, że do finału zabrakło ostatniego kroku. Drugie miejsca w Pucharze Świata w 1985 i 1989 roku pokazują skalę jego klasy, ale też to, że nawet największy talent nie zawsze zamienia się w najważniejsze trofea.

Taki jest właśnie obraz Grubby-sportowca: pełen olśnień, ale niepozbawiony niedosytu. Gdyby został mistrzem świata albo zdobył medal olimpijski, być może jego nazwisko funkcjonowałoby dziś w polskiej pamięci jeszcze mocniej. A jednak paradoks polega na tym, że nawet bez tych brakujących tytułów pozostał symbolem. Bo czasami o wielkości sportowca nie decyduje wyłącznie to, co zdobył, lecz także to, jak blisko był rzeczy pozornie niemożliwych.

Andrzej Grubba tenisista stołowy
Andrzej Grubba – najwybitniejszy polski tenisista stołowy w historii

Mecze, które stworzyły Grubbę

Wielkich sportowców najłatwiej ocenia się przez pryzmat medali. W przypadku Andrzeja Grubby to jednak trochę za mało. O jego klasie najlepiej świadczą mecze, po których rywale odchodzili od stołu z niedowierzaniem. Takie, które po latach kibice wciąż oglądają w internecie, choć od ich rozegrania minęły już dekady.

Jednym z nich był półfinał mistrzostw świata w Dortmundzie w 1989 roku. Naprzeciw Grubby stanął Jan-Ove Waldner – człowiek, który dla wielu jest najwybitniejszym tenisistą stołowym w historii. Szwed wygrał 3:1 i później sięgnął po tytuł mistrza świata, ale Polak nie oddał meczu bez walki. Ostatecznie zdobył brązowy medal, jedyny w historii Polski w grze pojedynczej mężczyzn podczas mistrzostw świata.

Sam fakt zdobycia medalu był ogromnym sukcesem. Jeszcze większe znaczenie miał jednak sposób, w jaki Grubba do niego doszedł. W drodze do półfinału wyeliminował Niemca Jörga Roßkopfa, jednego z najlepszych europejskich zawodników tamtego okresu. Nie znalazł recepty dopiero na Waldnera – tenisistę, który właśnie wchodził w złoty okres swojej kariery.

Jeżeli jednak ktoś chciał zobaczyć Andrzeja Grubbę u szczytu możliwości, powinien cofnąć się o rok. Jesień 1988 roku, Chiny, Puchar Świata. To był turniej, w którym praktycznie wszystko przemawiało przeciwko Polakowi. Gospodarze wystawili najmocniejszych zawodników, publiczność żyła każdym punktem swoich reprezentantów, a historia tej dyscypliny podpowiadała jedno: jeśli ktoś ma wygrać, będzie to Chińczyk.

Grubba miał inny plan. Przez cały turniej grał odważnie i bez kompleksów. W decydującej fazie pokonał kolejnych rywali, a w finale zmierzył się z utytułowanym Chenem Longcanem. Zwyciężył i został pierwszym Polakiem, który wygrał Puchar Świata w tenisie stołowym. Na podium obok niego stanęli dwaj reprezentanci gospodarzy – Chen Longcan i Jiang Jialiang. To był jeden z tych dni, kiedy cały świat tenisa stołowego musiał uznać wyższość zawodnika z Polski.

Na tym jednak nie kończyła się wyjątkowość Grubby. Potrafił wygrywać z największymi. W swojej karierze pokonywał Jana-Ove Waldnera, Jörgena Perssona, Mikaela Appelgrena, Tibora Klampára czy Jeana-Michela Saive’a – nazwiska, które dla kibiców tenisa stołowego znaczą mniej więcej tyle, ile Federer, Nadal i Djokovic dla fanów tenisa ziemnego. Nie robił tego regularnie, ale każdy z nich wiedział, że po drugiej stronie stołu stoi przeciwnik zdolny odebrać zwycięstwo nawet w najlepszym dniu.

Paradoks polega na tym, że Grubba nigdy nie zdominował światowego tenisa stołowego tak, jak Waldner czy Chińczycy. Był natomiast zawodnikiem, którego nikt nie chciał wylosować. Nieprzewidywalny styl gry, błyskotliwość i odwaga sprawiały, że nawet faworyci musieli mieć się na baczności.

Może właśnie dlatego po tylu latach jego mecze nadal ogląda się z przyjemnością. Nie dlatego, że zawsze wygrywał. Dlatego, że przy stole potrafił zrobić coś, czego wcześniej nikt się nie spodziewał. Na tym polega różnica między bardzo dobrym zawodnikiem a sportowcem, którego po latach wciąż się pamięta.

Fair play ponad wszystko

Najbardziej znana olimpijska historia z udziałem Andrzeja Grubby nie dotyczy zwycięstwa, lecz punktu, którego nie chciał przyjąć. Podczas igrzysk w Barcelonie w 1992 roku grał w deblu z Leszkiem Kucharskim. Polacy byli o „oczko” od zwycięstwa w 1/8 finału. Po jednej z decydujących akcji sędzia był gotów przyznać im punkt, ale Grubba wiedział, że piłka dotknęła jego ręki, a więc punkt nie powinien zostać zaliczony. Podszedł do stolika i przyznał się do błędu.

W pięknej sportowej opowieści w tym miejscu powinien nastąpić moment nagrody. Uczciwy zawodnik mówi prawdę, publiczność bije brawo, a sprawiedliwość ostatecznie i tak zwycięża. Sport rzadko bywa jednak tak łaskawy. Polacy stracili punkt, a potem przegrali dziesięć kolejnych z rzędu i całe spotkanie.

Za tamten gest Grubba został później uhonorowany nagrodą fair play. I tu zaczyna się dylemat. Z perspektywy czasu łatwo powiedzieć, że zachował się pięknie. Bo się zachował. Taki gest pasuje do legendy sportowca, o którym mówiono, że był elegancki nie tylko przy stole, ale też poza nim. Problem w tym, że olimpijski medal mógł już nigdy nie wrócić na wyciągnięcie ręki. I nie wrócił.

Czy to była wielkość, czy sportowa naiwność? Pewnie jedno i drugie. Wielkość, bo Grubba nie udawał, że nie widział własnego błędu. Naiwność, jeśli patrzeć wyłącznie kategoriami wyniku, medalu i miejsca w historii. W sporcie zawodowym uczciwość nie zawsze opłaca się od razu, a czasem nie opłaca się wcale.

Andrzej Grubba rozgrzewka
Andrzej Grubba w trakcie rozgrzewki

Bundesliga i życie za granicą

W drugiej połowie lat osiemdziesiątych Andrzej Grubba zrobił krok, na który w tamtych czasach decydowało się niewielu polskich sportowców. Został zawodnikiem Bundesligi, jednej z najsilniejszych lig tenisa stołowego na świecie, a w 1990 roku wyjechał na stałe do Niemiec.

Przeprowadzka za Odrę była nie tylko sportową, ale również rodzinną decyzją. Andrzej Grubba był już wówczas mężem Lucyny z.d. Galus – znakomitej piłkarki ręcznej i wielokrotnej reprezentantki Polski, którą poznał podczas studiów na gdańskiej AWF. Oboje doskonale rozumieli realia zawodowego sportu, dlatego gdy na świat przyszli synowie Tomasz i Maciej, wspólnie zdecydowali, że to Lucyna zakończy karierę i poświęci się wychowaniu dzieci.

Najdłużej związany był z TTC Zugbrücke Grenzau. To właśnie tam spędził znaczną część swojej zagranicznej kariery, zdobywając kolejne doświadczenia i rywalizując z najlepszymi zawodnikami globu niemal co tydzień. Dla Grubby nie była to sportowa emerytura ani sposób na spokojne zarabianie pieniędzy. Bundesliga stanowiła wówczas absolutną światową czołówkę. W wielu kolejkach poziom spotkań nie odbiegał od mistrzostw świata.

Po zakończeniu największych sukcesów reprezentacyjnych został w Niemczech jeszcze przez kilka lat, pełniąc również funkcję grającego trenera. Nie zerwał jednak więzi z Polską. Wręcz przeciwnie – regularnie wracał do kraju, angażował się w popularyzację tenisa stołowego i pozostawał jedną z twarzy tej dyscypliny.

– W tamtych czasach Polak był traktowany przez naszych zachodnich sąsiadów zupełnie inaczej niż teraz – opowiada Lucyna Grubba w wywiadzie dla „Przeglądu Sportowego”. – Gdy się wprowadzaliśmy, nasi sąsiedzi bardzo dziwnie patrzyli na auto z polską rejestracją. Natomiast później w zasadzie cała ulica była w fanklubie Andrzeja. Zostaliśmy w pełni zaakceptowani, co dużo dla nas znaczyło. Nikt już nie miał obaw, że do ich kraju przyjeżdża kolejna grupa z Polski czy z Turcji i będzie robiła im problemy.

Zawodnik popularniejszy niż dyscyplina

Dzisiaj trudno to sobie wyobrazić, ale był czas, kiedy nazwisko Andrzeja Grubby znała niemal cała Polska. Nie dlatego, że tenis stołowy stał się nagle sportem numer jeden. Stało się dokładnie odwrotnie. To Grubba urósł do rozmiarów większych niż dyscyplina, którą uprawiał.

W 1984 roku zwyciężył w prestiżowym Plebiscycie „Przeglądu Sportowego” na najlepszego sportowca Polski. Wyprzedził przedstawicieli znacznie popularniejszych dyscyplin, a przecież mówimy o czasach, gdy polscy kibice żyli piłką nożną i lekkoatletyką. Pingpongista został najlepszym sportowcem kraju. To mówi więcej niż jakiekolwiek statystyki.

Pomagał mu charakter. Grubba nie kreował się na gwiazdę. Był pogodny, otwarty i niezwykle lubiany przez kolegów z reprezentacji oraz rywali. Potrafił godzinami rozmawiać z kibicami po turniejach, podpisywał autografy i nigdy nie sprawiał wrażenia człowieka zmęczonego własną popularnością.

Być może właśnie dlatego przez lata pozostawał ambasadorem tenisa stołowego w Polsce. To jego postać zachęcała dzieci do treningu, a dziś firma Butterfly produkuje deskę Andrzej Grubba All+, którą można nabyć m.in. w sklepie ze sprzętem do tenisa stołowego ustefiego.pl.

Polski skrzypek

Kiedy Zdenko Uzorinac, jeden z najwybitniejszych kronikarzy światowego tenisa stołowego, przygotowywał książkę pt. „ITTF 1926-2001: Table Tennis Legends”, rozdział poświęcony Andrzejowi Grubbie zatytułował „The Polish Violin”, czyli „Polski skrzypek”. Nie dlatego, że Grubba grał na skrzypcach. Chodziło o sposób, w jaki operował rakietką. Dla wielu był bardziej artystą niż rzemieślnikiem.

W tenisie stołowym bardzo łatwo zachwycić się liczbami. Liczbą tytułów, rankingiem, bilansem zwycięstw. Grubba wymykał się takim zestawieniom. Owszem, wygrywał. Ale przede wszystkim sprawiał, że ludzie chcieli oglądać jego mecze.

Jan-Ove Waldner, Jörgen Persson czy Mikael Appelgren byli maszynami do zwyciężania. Grubba także należał do tej generacji, lecz robił to inaczej. Potrafił zagrać piłkę, której nikt się nie spodziewał. Potrafił zmienić rękę w trakcie wymiany. Był również perfekcjonistą – nie należał do ludzi, którzy po treningu odkładali rakietkę i zapominali o sporcie. Analizował mecze, szukał nowych rozwiązań i godzinami pracował nad detalami. Talent był tylko początkiem.

Jednocześnie nie uchodził za człowieka łatwego. Bywał uparty, miał własne zdanie i nie znosił półśrodków. Sam Grubba nie uważał się jednak za postać formatu Jana-Ove Waldnera. Po latach miał powiedzieć:

– Zawodnik taki jak Jan-Ove Waldner zapisał się w historii. Ja byłem zawsze drugi albo trzeci. Ludzie szybko o mnie zapomną.

Słowa te przytoczył Hans-Peter Schössler we wspomnieniu poświęconym Grubbie. Trudno o większy paradoks. Człowiek, który obawiał się zapomnienia, niemal ćwierć wieku po śmierci wciąż pozostaje twarzą polskiego tenisa stołowego.

Choroba i śmierć

Jesienią 2004 roku wszystko nagle wyhamowało. Lekarze zdiagnozowali u Andrzeja Grubby nowotwór płuc. Informacja była szokiem nie tylko dla środowiska sportowego. Miał zaledwie 46 lat, cały czas pozostawał aktywny i wydawało się, że przed nim jeszcze wiele lat pracy jako trener, działacz czy popularyzator tenisa stołowego.

Rozpoczęło się leczenie. Grubba walczył tak samo, jak wcześniej walczył przy stole. Nie szukał współczucia, nie robił wokół siebie medialnego zamieszania. Najtrudniejsze miesiące przeżywała wspólnie z nim żona Lucyna. Para wychowywała dwóch synów – Tomasza i Macieja. Grubba bardzo chronił rodzinę przed mediami, dlatego nawet w czasie choroby niewiele informacji przedostawało się do opinii publicznej.

– Z dramatycznej relacji Andrzeja pamiętam, jak mówił, że wyszedł z kliniki, usiadł na kamieniu i się popłakał – wspomina Andrzej Person w rozmowie z TVP Sport. – Posiedział dwie godziny i zaczął walkę z chorobą w sposób strasznie zdeterminowany. Jak w sporcie, jak na zawodach. Był kierownikiem wyprawy na mistrzostwa świata do Chin, choć przechodził już leczenie, chemię, naświetlania. Niestety, choroba okazała się mocniejsza od niego. Mnóstwo ludzi zaangażowało się w pomoc Andrzejowi na czele z prezydentem Sopotu. Spotkałem lekarza, słynnego onkologa z Gdańska i mówił, że gdyby ta choroba zdarzyła się dzisiaj, Andrej żyłby piętnaście lat dłużej.

Choroba postępowała jednak bardzo szybko i 21 lipca 2005 roku Andrzej Grubba zmarł w Sopocie. Miał 47 lat. Jego śmierć odbiła się szerokim echem również poza Polską. Wspominała go Międzynarodowa Federacja Tenisa Stołowego, europejskie media i dawni rywale. Odszedł zawodnik, którego szanowano nie tylko za wyniki, ale również za sposób, w jaki traktował ludzi.

Dziedzictwo

Nie każdy wielki sportowiec zostawia po sobie coś więcej niż medale. Andrzejowi Grubbie się to udało. Jego imię nosi dziś Centrum Szkolenia Polskiego Związku Tenisa Stołowego w Gdańsku. Organizowane są memoriały, turnieje młodzieżowe i imprezy poświęcone jego pamięci. W 2021 roku został również włączony do Europejskiej Galerii Sław Tenisa Stołowego.

Patrząc na jego dorobek, łatwo wyliczyć największe sukcesy: zwycięzca Pucharu Świata, medalista mistrzostw świata i Europy, 26-krotny mistrz Polski, trzykrotny olimpijczyk. Trudniej opisać to, co zostawił kibicom.

Bo Andrzej Grubba nie był sportowcem idealnym. Nie zdobył olimpijskiego medalu. Nie został mistrzem świata w singlu. Kilka najważniejszych marzeń wymknęło mu się dosłownie o kilka piłek. A jednak dla kilku pokoleń Polaków pozostanie człowiekiem, który sprawił, że tenis stołowy przestał być grą ze szkolnej świetlicy, a stał się sportem wielkich emocji.

Nie każdy mistrz zostaje legendą. Andrzej Grubba został.

Andrzej Grubba – najważniejsze informacje

  • Pełne imię i nazwisko: Andrzej Stanisław Grubba
  • Narodowość: Polska
  • Data urodzenia: 14 maja 1958 roku
  • Data śmierci: 21 lipca 2005 roku
  • Wiek w dniu śmierci: 47 lat
  • Wzrost: 174 cm
  • Kluby: LZS Zelgoszcz, Neptun Starogard Gdański, AZS Uniwersytet Gdański, AZS-AWF Gdańsk, TTC Zugbrücke Grenzau, TTC Stockerau.
  • Najwyżej w rankingu ITTF: 3. miejsce (czerwiec 1989 – grudzień 1991)
  • Mistrzostwa świata: brąz x 3 (1985 – drużynowo, 1987 – debel, 1989 – singiel)
  • Mistrzostwa Europy: złoto x 1 (1982 – mikst), srebro x 5 (1984 – singiel i drużynowo, 1988 – mikst, 1990 – singiel, 1996 – debel), brąz x 6 (1984 – mikst, 1986 – singiel i drużynowo, 1988 – debel, 1992 – singiel, 1996 – drużynowo)
  • Puchar Świata: 1988

Andrzej Grubba – najczęściej zadawane pytania

Kim był Andrzej Grubba?

Andrzej Grubba był najwybitniejszym polskim tenisistą stołowym w historii. Wygrał Puchar Świata w 1988 roku, zdobywał medale mistrzostw świata i Europy, 26 razy został mistrzem Polski oraz trzykrotnie reprezentował nasz kraj na igrzyskach olimpijskich. Był także zwycięzcą Plebiscytu „Przeglądu Sportowego” na najlepszego sportowca Polski w 1984 roku

Jakie były największe sukcesy Andrzeja Grubby?

Do największych osiągnięć Andrzeja Grubby należą zwycięstwo w Pucharze Świata (1988), złoty medal mistrzostw Europy w mikście (1982), trzy brązowe medale mistrzostw świata, 26 tytułów mistrza Polski oraz zwycięstwo w prestiżowym turnieju Europa TOP 12 w 1985 roku.

Czy Andrzej Grubba zdobył medal olimpijski?

Nie. Andrzej Grubba trzykrotnie wystąpił na igrzyskach olimpijskich – w Seulu (1988), Barcelonie (1992) i Atlancie (1996). Najbliżej medalu był podczas igrzysk w Seulu, jednak ostatecznie zakończył rywalizację bez miejsca na podium. Brak olimpijskiego medalu uważa się za największe niespełnione marzenie jego sportowej kariery.

Na co zmarł Andrzej Grubba?

Andrzej Grubba zmarł 21 lipca 2005 roku w wieku 47 lat po walce z rakiem płuc. Chorobę zdiagnozowano jesienią 2004 roku, niedługo po jego powrocie z Niemiec do Polski.

Kim była żona Andrzeja Grubby?

Żoną Andrzeja Grubby była Lucyna Galus, znakomita piłkarka ręczna i reprezentantka Polski. Małżeństwo wychowało dwóch synów – Tomasza i Macieja. Po zakończeniu własnej kariery sportowej Lucyna wspierała męża zarówno podczas jego występów w Niemczech, jak i w czasie walki z chorobą.

Jak wysoko w światowym rankingu był Andrzej Grubba?

Najwyższą pozycją Andrzeja Grubby w światowym rankingu ITTF było 3. miejsce, które zajmował od 1989 do 1991 roku. Do dziś pozostaje najwyżej sklasyfikowanym polskim tenisistą stołowym w historii światowych rankingów.

Foto: alamy.com

Ziemowit Ochapski

Warto przeczytać: