Tomasz Gollob – 20 lat pogoni, jeden tytuł i wypadek, który odebrał mu zdrowie

Tomasz Gollob portret żużlowca i mistrza świata z 2010 roku

Data publikacji: 5 maja 2026, ostatnia aktualizacja: 13 maja 2026.

Tomasz Gollob to jedna z najbardziej wyrazistych postaci w historii polskiego sportu – indywidualny mistrz świata na żużlu, wieloletni uczestnik cyklu Speedway Grand Prix i zawodnik, który do dziś stanowi punkt odniesienia dla kolejnych pokoleń jeźdźców. To jednak nie jest tylko historia sukcesu. To opowieść o obsesji zwyciężania, latach frustracji bez upragnionego tytułu, trudnym charakterze i życiu na granicy ryzyka, które w pewnym momencie wystawiło mu rachunek.

Pierwsze okrążenia: od piłki nożnej do żużla

Nie wszyscy wielcy sportowcy od początku wiedzą, kim będą. Urodzony 11 kwietnia 1971 roku w Bydgoszczy Tomasz Gollob też nie wiedział. Zanim wsiadł na motocykl, biegał za piłką i grał nawet w juniorskich zespołach Polonii oraz Zawiszy. Żużel nie był jego pierwszym wyborem, a raczej czymś, co krążyło gdzieś w tle.

– W dwóch sezonach byłem królem strzelców, grałem na lewej stronie ataku, ale mogłem też wystąpić w roli rozgrywającego, a i w bramce czułem się dobrze. Żadna pozycja mnie nie przerażała – śmieje się w rozmowie z serwisem sport.pl.

W domu Gollobów speedway był codziennością. Ojciec, Władysław, patrzył na synów, Jacka i Tomasza, nie jak na dzieci bawiące się w sport, tylko jak na przyszłych zawodników. I to takich, którzy mają wygrywać. Nieprzypadkowo już na początku żużlowej kariery Tomka mówiło się, że to „materiał na mistrza świata”. Jednak te słowa w tamtym momencie brzmiały bardziej jak wybujałe ambicje „Papy”, wówczas uznanego mechanika, niż realna prognoza.

– Nie było łatwo – wspomina Tomasz na łamach „WP SportoweFakty”. – Mój ojciec miał pewną myśl, jak nas prowadził od początku kariery. Już wtedy były pewne zasady i rzeczy, o których nam mówił i je pokazywał. Tak, jak nas kierował, to to wszystko się sprawdzało. Ja zrozumiałem jego intencje. Każdy z nas był podobnie prowadzony i myślę, że to jest dobra droga, ona była prawdziwa i trwa do dzisiaj. To, co nam wtedy ojciec przekazywał, to się sprawdzało.

W 1988 roku, mając zaledwie 17 lat, młodszy z braci zadebiutował w lidze w barwach Polonii Bydgoszcz podczas wyjazdowych Derbów Pomorza z Apatorem Toruń. Nie był to spektakularny występ Tomasza – zdobył jeden punkt, pojawiając się na torze w ostatnim wyścigu, gdy Anioły miały już zapewnione zwycięstwo. Ale w żużlu nie chodzi o to, jak zaczynasz, bo przecież wiele było niesamowitych talentów, które nigdy nie rozwinęły w pełni skrzydeł.

Młody zawodnik w debiucie trafił na starszych i bardziej doświadczonych rywali, dla których takie nazwisko jak Gollob nie znaczyło absolutnie nic. Swój pierwszy ligowy punkt zdobył trochę szczęśliwie – korzystając z defektu Wojciecha Żabiałowicza. To nie jest więc zbyt romantyczna historia, a raczej dowód na to, jak szybko sport potrafi ustawić proporcje: talent to jedno, ale to co z nim później zrobisz – drugie.

Kolejny sezon Tomek spędził „na emigracji” w Gdańsku, gdzie jeździł w barwach Wybrzeża, co było związane przede wszystkim z obowiązkową służbą wojskową. Dla młodego zawodnika to nie był krok wstecz, a raczej przemyślany ruch, bo do armii zgłosił się na ochotnika. Po spadku z I ligi (dzisiejsza Ekstraliga), ale i brązowych medalach IMP oraz MIMP, zgodnie z planem wrócił do Bydgoszczy. W rodzinnym mieście, pod okiem ojca i u boku starszego brata, kontynuował proces, który w kolejnych latach uczynił go jednym z najbardziej dominujących żużlowców w Polsce.

W 1989 roku, w swoim pierwszym pełnym sezonie w polskiej lidze, młodszy z braci wypracował średnią biegopunktową 2,127 i przez kolejne 22 lata ani razu nie zszedł poniżej tego poziomu. Wkrótce „Chudy”, jak go czasem nazywali, zaczął zdobywać pierwsze złote krążki indywidualnych i drużynowych mistrzostw Polski, a jego jazda stawała się coraz bardziej charakterystyczna – agresywna, bezkompromisowa, momentami balansująca na granicy faulu.

Tomasz Gollob świętuje zwycięstwo w pierwszym turnieju Speedway Grand Prix we Wrocławiu w 1995 roku
Tomasz Gollob po zwycięstwie w pierwszym w historii turnieju Speedway Grand Prix we Wrocławiu (1995) – moment, który zapoczątkował jego wieloletnią obecność w światowej elicie

Droga na szczyt: Speedway Grand Prix

W latach 90. minionego stulecia polska liga, nawet jeśli była wymagająca, zrobiła się dla Tomasza Golloba zbyt ciasna. Prawdziwy test miało stanowić coś innego – cykl Speedway Grand Prix, czyli żużlowy odpowiednik Formuły 1, gdzie nie liczy się nazwisko ani reputacja z lokalnych torów, tylko powtarzalność na najwyższym poziomie.

Nowa era żużla zaczęła się w 1995 roku i symbolicznie rozpoczęła się od Tomasza Golloba. To właśnie on wygrał inauguracyjną rundę SGP we Wrocławiu przed Hansem Nielsenem, Chrisem Louisem i Markiem Loramem, pokazując że Polak może być nie tylko uczestnikiem indywidualnych mistrzostw świata, ale też graczem rozdającym karty.

Problem polega na tym, że bycie blisko tytułu w tym sporcie nie znaczy nic. A Tomek przez lata był tylko lub aż o krok od upragnionego złota.

Po brązowych krążkach w sezonach 1997 i 1998, w 1999 roku miał wszystko w swoich rękach. Do ostatniej rundy IMŚ w Vojens przystępował jako lider klasyfikacji generalnej, a kibice mieli w pamięci jego fenomenalną akcję z turnieju we Wrocławiu, gdzie na ostatnim wirażu wyrwał zwycięstwo Jimmy’emu Nilsenowi. W Danii jechał jednak z kontuzją odniesioną podczas Złotego Kasku – po amputacji opuszka palca i wstrząśnieniu mózgu, na granicy wytrzymałości. Skończyło się srebrem. Złoto, już trzecie w swojej karierze, zabrał do Szwecji Tony Rickardsson, a naszemu żużlowcowi pozostało na osłodę zwycięstwo w plebiscycie „Przeglądu Sportowego” na najlepszego polskiego sportowca roku.

– Inni zawodnicy wiedzieli, że Tomek jest kontuzjowany – wspomina Jacek Gollob w wywiadzie dla „Przeglądu Sportowego”. – Rickardsson był wówczas w bardzo dobrej kondycji, a Tomek nie był w stanie obronić przewagi. Jechał praktycznie bez palca, po ciężkim wstrząśnieniu mózgu. Spotkała go taka niedola sportowa, bo nie mógł w pełni sił walczyć o tytuł mistrza świata.

W kolejnych latach historia się powtarzała. Gollob zdobywał kolejne medale indywidualnych mistrzostw świata (2001 i 2008 – brąz, 2009 – srebro), ale cały czas brakowało mu tego jednego, najważniejszego. Był jednym z najlepszych żużlowców globu, lecz bez złota IMŚ pozostawał niespełnionym geniuszem.

Paradoks polega na tym, że im dłużej trwała ta sportowa telenowela, tym bardziej rosło napięcie. Gollob startował w Speedway Grand Prix od kilkunastu sezonów, co samo w sobie jest dowodem nie tylko talentu, ale i obsesyjnej konsekwencji. Wygrywał pojedyncze rundy – dokładnie szesnaście do końca sezonu 2009 – a jednak w klasyfikacji generalnej za każdym razem ktoś był lepszy od niego.

W 2000 roku złoto IMŚ zgarnął Mark Loram, bez zwycięstwa w choćby jednej rundzie SGP. W latach 2001 i 2002 ponownie triumfował Tony Rickardsson, sezon 2003 należał do Nickiego Pedersena, a kampania 2004 padła łupem Jasona Crumpa. W 2005 roku po swój szósty tytuł sięgnął Rickardsson, w 2006 znów najlepszy był Crump, lata 2007-2008 to dominacja Pedersena, a sezon 2009 przyniósł trzecie złoto w karierze rudowłosego Australijczyka. Tomaszowi Gollobowi czasem brakowało kilku wygranych wyścigów, czasem zdrowia, a czasem chłodnej głowy. Taki obraz reprezentanta Polski towarzyszył nam przez lata – zawodnika genialnego, któremu zawsze coś stawało na drodze do pełni szczęścia. Takiego, który potrafi wygrać z każdym i… przegrać z własnymi ograniczeniami.

W sporcie są kariery, które rozwijają się liniowo. Ta taka nie była. To była kariera pełna napięcia i oczekiwania.

Złoty sezon 2010: spełnienie obsesji

Tomasz Gollob wielokrotnie zdobywał indywidualne mistrzostwo kraju i Złoty Kask, dominował w lidze polskiej i szwedzkiej oraz ciągnął reprezentację do zwycięstw w Drużynowym Pucharze Świata. A jednocześnie w Speedway Grand Prix przez lata nie potrafił zrealizować swojego marzenia o złotym medalu IMŚ.

Sezon 2010 nie zapowiadał wielkiego szturmu, a raczej kolejną próbę. Reprezentant Biało-Czerwonych miał już na koncie wszystko oprócz tego jednego tytułu, który definiuje żużlowca. I był już w wieku, w którym wielu zawodników kończy karierę. Miał 39 lat, a w sporcie to nie jest moment na zaczynanie historii, tylko raczej na jej domykanie.

Jednak to właśnie wtedy wszystko zaczęło się układać. Tomek znów był szybki, ale tym razem był też konsekwentny. Wygrywał rundy Grand Prix – w Pradze, Toruniu, Vojens oraz Terenzano – i co ważniejsze, nie tracił punktów tam, gdzie wcześniej zdarzało mu się wypadać z rytmu. To zrobiło różnicę. Nie spektakularność, a powtarzalność.

25 września 2010 roku we Włoszech wszystko wreszcie się domknęło. „Chudy” triumfował w Terenzano i zapewnił sobie upragniony tytuł indywidualnego mistrza świata na jeden turniej przed końcem cyklu. Ten margines okazał się kluczowy, bo przed wieńczącymi zmagania zawodami w Bydgoszczy doznał poważnej kontuzji nogi, która pozwoliła mu wystąpić na ulubionym torze w zaledwie trzech wyścigach.

Po 37 latach i złocie Jerzego Szczakiela w Chorzowie Polska znów miała najlepszego żużlowca globu.

– Dwadzieścia lat mi zajęło, żeby to zrobić. Przepraszam was bardzo, że musieliście tyle na to czekać – wypalił na gorąco do polskich kibiców zgromadzonych na stadionie w Italii.

To zdanie jest kluczowe, bo pokazuje, kim był Gollob jako sportowiec. Nie celebrował, a przepraszał, jakby przez te wszystkie lata czuł, że jest komuś coś winien. Kibicom. Sobie. Ojcu. Temu chłopakowi z Bydgoszczy, który miał być indywidualnym mistrzem świata, zanim jeszcze wsiadł na motocykl.

Paradoks polegał na tym, że gdy w końcu zdobył tytuł, nie stał się nagle innym zawodnikiem. Nadal był tym samym Tomaszem Gollobem – agresywnym i nieustępliwym, a momentami chaotycznym. Tylko że teraz miał coś, czego wcześniej mu brakowało: domkniętą historię.

W klasyfikacji końcowej sezonu Tomek wyprzedził Jarosława Hampela, tworząc pierwszy w historii polski dublet na podium IMŚ. To był moment spełnienia, ale też moment, w którym coś się skończyło. Bo kiedy osiągasz cel, który napędzał cię przez dwadzieścia lat, zostaje pytanie: co dalej?

Tomasz Gollob z żoną Brygidą podczas gali Mistrzów Sportu w Warszawie w 2000 roku
Tomasz Gollob z żoną Brygidą podczas Gali Mistrzów Sportu w Warszawie (2000) – zdjęcie z czasów, gdy jego życie prywatne pozostawało poza pierwszymi stronami gazet

W cieniu tytułu: burzliwy rozwód Tomasza Golloba z Brygidą

Wizerunek Tomasza Golloba jako człowieka skupionego wyłącznie na sporcie miał swoją cenę poza torem. Jego małżeństwo z Brygidą przez lata funkcjonowało gdzieś w tle żużlowej kariery – rzadko pokazywane, a jeszcze rzadziej komentowane. To pasowało do stylu życia Tomka – zamkniętego i podporządkowanego jednemu celowi.

Jednak w 2010 roku doszło do rozwodu, który nie odbył się po cichu. Był publicznym konfliktem i przez kilka miesięcy żył własnym życiem w mediach. „Prywatna wojna państwa Gollobów”, jak pisano o tej sprawie, stała się tematem ogólnopolskim, a doniesienia o niej kibice żużla śledzili niemal równie uważnie jak walkę swojego idola o indywidualne mistrzostwo świata.

Brygida Gollob publicznie oskarżała męża o przemoc psychiczną i fizyczną, a także o podrabianie podpisów i wyłudzenia kredytów. W prasie pojawiały się też nieprzychylne Tomaszowi wypowiedzi jego córki – Wiktorii. Z drugiej strony żużlowiec wszystkiemu zaprzeczał, sugerując że te oskarżenia mają podłoże finansowe i są próbą wywarcia na nim presji.

Media tylko podkręcały napięcie. Pojawiały się kolejne sensacyjne doniesienia – o rzekomych milionowych żądaniach finansowych ówczesnej żony żużlowca, o konflikcie o majątek czy rodzinie podzielonej na dwa obozy. W pewnym momencie sprawa przybrała wręcz absurdalny obrót. Po jednej z rozpraw rozwodowych Brygida wpadła w furię, włamała się do sąsiedniego domu, zabrała stamtąd miecz samurajski i uszkodziła nim stojący nieopodal samochód, myląc go z autem Tomasza.

Brzmi jak scenariusz filmu, a jednak to wydarzyło się naprawdę. I to wszystko działo się wtedy, gdy Gollob jechał po upragnione indywidualne mistrzostwo świata.

– Zdobyłem złoto, straciłem rodzinę – w taki sposób „Chudy” podsumował swój historyczny sezon 2010.

To gorzkie słowa, a ta historia pokazuje coś, co w przypadku sportowców często się pomija. Że obsesja, która buduje mistrza, potrafi też zniszczyć wszystko wokół niego.

Król krajowego podwórka

Tomasz Gollob przez lata był synonimem Polonii Bydgoszcz. Tam się wychował, tam budował swoją legendę i tam był właściwie nietykalny. W latach 90. i na początku XXI wieku krajowe podwórko stanowiło dla niego przestrzeń totalnej dominacji – seryjne tytuły indywidualnego mistrza Polski, medale DMP i status zawodnika, wokół którego funkcjonował zespół Gryfów.

Ale w 2004 roku czar prysł, a „Chudy” podjął decyzję, która podzieliła środowisko – odszedł z Bydgoszczy do Unii Tarnów. Dla wielu kibiców było to coś więcej niż zmiana barw klubowych. To było zerwanie z tożsamością. Jednak sam zawodnik wykonał po prostu dobrze przemyślany ruch sportowy i finansowy. Mówiło się, że jego kontrakt z Jaskółkami to pierwsza w polskim żużlu umowa warta milion złotych.

– Nigdy nie powiedział, ile konkretnie chciałby zarobić – wraca do tamtych chwil Bogdan Sawarski, ówczesny prezes Polonii Bydgoszcz w rozmowie ze sport.pl. – Mówiliśmy, jaką kwotę możemy mu zaoferować i odpierał, że to ciągle mało i mamy dołożyć.

Później były kolejne przystanki: Stal Gorzów, KS Toruń i GKM Grudziądz. W każdym z tych miejsc Gollob pełnił podobną rolę – lidera, ale też jeźdźca wokół którego narastają emocje. Szczególnie było to widać w momencie, gdy podpisał kontrakt w Grodzie Kopernika, będąc przecież żywym pomnikiem odwiecznego rywala – Polonii Bydgoszcz.

– Zrobiłem wiele dla Bydgoszczy, Polski i żużla. Nie czuję się niekomfortowo w tej sytuacji. To jest sport zawodowy i każdy zawodnik może jeździć w klubie, który sobie wymarzy – mówił w rozmowie z TVP Sport tuż po podpisaniu kontraktu z Aniołami.

Bo Tomasz Gollob w lidze polskiej nie był zwykłym żużlowcem. Był wydarzeniem. Jego wyścigi przyciągały ludzi na stadiony. Jego decyzje wywoływały dyskusje, a jego obecność w składzie zmieniała układ sił. I nawet jeśli z czasem przestał być najszybszy, to wciąż pozostawał najważniejszy.

Tomasz Gollob podczas wyścigu Speedway Grand Prix w Pradze w 2011 roku walczy na torze z rywalem
Tomasz Gollob podczas walki na torze w Grand Prix Czech w Pradze (2011) jako aktualny indywidualny mistrz świata

Charakter i kontrowersje: konfliktowy geniusz

Tomasz Gollob nie był zawodnikiem, którego wszyscy klepią po plecach. Nie budował wokół siebie atmosfery koleżeństwa, nie szukał sympatii. Na torze liczyło się dla niego tylko jedno – zwycięstwo. I to podejście miało swoją cenę. W środowisku żużlowym, gdzie relacje między zawodnikami bywają naprawdę bliskie, szybko dorobił się opinii człowieka trudnego, wręcz konfliktowego.

Na torze przekładało się to na styl jazdy. Bezkompromisowy i agresywny, momentami balansujący na granicy przepisów. Dla jednych był to dowód mistrzostwa i umiejętności wykorzystania każdej możliwej przestrzeni. Dla innych – bezpardonowe akcje, które prowokują konflikty.

W 1995 roku, podczas rundy Grand Prix w Londynie, doszło do jednego z najbardziej pamiętnych incydentów w historii speedwaya. W jednym z wyścigów Gollob ostro zaatakował Craiga Boyce’a, doprowadzając do jego upadku. To, co wydarzyło się później, jest wspominane do dziś. Australijczyk podniósł się z toru, podbiegł do siedzącego na motocyklu Polaka i uderzył go w twarz, a ten padł jak po ciężkim nokaucie.

– Dobrze wyszedłem ze startu. Prowadziłem, wreszcie poczułem ulgę – wspomina Boyce, cytowany przez Tomasza Lorka na łamach serwisu „WP SportoweFakty”. – Tymczasem Tomek wszedł pode mnie, a ja upadłem. Wiedziałem, że wybuchnę. Tomek podjechał pod taśmę, ustawił się do powtórki finału C, a ja „zagotowałem się”. Pomyślałem sobie: dosyć, bratku. Wymierzyłem idealnie. Byłbym niezły w ringu! Później, kiedy emocje ostygły, przeprosiłem Tomka. Jeździliśmy w szwedzkim Västervik i wszystko było w porządku.

Gollob w tamtym momencie był dla wielu rywali kimś z zewnątrz – zawodnikiem, który jeździ ostro, nie integruje się i nie gra według niepisanych zasad. Jego styl jazdy był postrzegany jako zbyt niebezpieczny, a on sam jako ktoś, kto nie boi się wejść w kontakt za wszelką cenę. Dużo mówiło się o niechęci środowiska Speedway Grand Prix wobec Polaka. Nie pomagało też to, że reprezentant Biało-Czerwonych nie mówił dobrze po angielsku, trzymał się na uboczu i nie uczestniczył w życiu towarzyskim cyklu.

Inny głośny epizod z pięściami miał miejsce w 2004 roku, kiedy podczas meczu Unii Tarnów z Apatorem Toruń zawodnik Aniołów, Tomasz Bajerski, doprowadził do upadku Jacka Golloba, co nie spodobało się młodszemu z braci. Doszło do fizycznego ataku na „Bajera”, a sprawa szybko obiegła media i stała się symbolem tej ciemniejszej strony Tomasza Golloba. Sam zainteresowany próbował później tonować nastroje, sugerując że sprawa została wyolbrzymiona, ale koniec końców skończyło na pozbawieniu go praw zawodnika na pół roku w zawieszeniu na 12 miesięcy oraz karze finansowej w wysokości 9 tys. złotych.

– Tomek Gollob nie szukał usprawiedliwień, przyznał się do wykroczenia i sam wnioskował o wymierzenie kary – komentował tamte wydarzenia ówczesny przewodniczący GKSŻ Marek Karwan, cytowany przez „Dziennik Polski”. – Zna regulamin i to, co zaproponował, było zgodne z jego zapisami. Poprosił o zawieszenie jej wykonania na 12 miesięcy, na co przystaliśmy. Rok to w sporcie żużlowym bardzo długi okres, zawodnicy startują bardzo często i Gollob zdaje sobie sprawę, że musi bardzo uważać.

Nawet jeśli szczegóły mogą być różnie interpretowane, jedno było pewne: emocje w przypadku „Chudego” często znajdowały ujście w sposób bezpośredni. To nie był sportowiec bez skazy. Z drugiej strony był też perfekcjonistą. Człowiekiem, który potrafił podporządkować życie jednemu celowi. W jego podejściu do treningu nie było miejsca na półśrodki. Nieprzypadkowo przez lata uchodził za jednego z najlepiej przygotowanych fizycznie zawodników w stawce.

Ta mieszanka obsesji, ambicji oraz impulsywności sprawiała, że trudno było go jednoznacznie ocenić. Ale może właśnie dlatego tak często do dziś o nim mówimy i piszemy. Bo Tomasz Gollob nie wpisywał się w wygodny schemat bohatera. Nie był idealny. I nigdy nie próbował taki być.

Wypadki, ryzyko i życie na krawędzi

Żużel to sport, w którym ryzyko nie jest dodatkiem. Jest fundamentem. Czterech zawodników, owalny tor o długości 300-400 metrów, brak hamulców i prędkości przekraczające 100 km/h. Każdy błąd ma swoją cenę. „Chudy” znał ją od początku i płacił ją wielokrotnie, jeszcze zanim doszło do tego jednego, najgorszego w skutkach wypadku.

Bo jego kariera to nie tylko zwycięstwa. To także ciągłe balansowanie na granicy. Sam po latach przyznał, że miał na koncie kilkanaście poważnych kraks.

– Jak naliczyłem, było to 15 zdarzeń, z których cztery, pięć było takich, że jedną nogą byłem po tamtej stronie – wspomina w wywiadzie dla „Czasu Chełmna”.

Te słowa mówią więcej niż statystyki. Tomasz Gollob był zawodnikiem, który nie kalkulował. Jego styl jazdy – agresywny i bezkompromisowy – z jednej strony dawał przewagę, z drugiej zwiększał ryzyko. W żużlu często nagradza się tych, którzy jadą najbliżej granicy. Problem polega na tym, że ta granica bywa cienka jak linie oddzielające pola startowe.

W 2007 roku przeżył katastrofę lotniczą. Awionetka pilotowana przez „Papę” Golloba, z Tomkiem, jego mechanikiem i Rune Holtą na pokładzie, rozbiła się w drodze na zawody w Tarnowie. Młodszy z braci wyszedł z tego wypadku niemal bez szwanku, pomagając jeszcze innym wydostać się z wraku.

– Gdy później patrzyłem na zdjęcia i filmy z tego pobojowiska, to dziwiłem się, jak w ogóle ktoś mógł coś takiego przeżyć – cytuje jego słowa „Przegląd Sportowy”.

To był jeden z tych momentów, które mogły zakończyć karierę „Chudego”. Ale on zawsze wracał na motocykl. I może właśnie dlatego ryzyko w pewnym momencie przestało robić na nim wrażenie.

Motocross – jego druga pasja – był naturalnym przedłużeniem tego sposobu myślenia. Inny tor, inna maszyna, ale ta sama idea: prędkość i adrenalina. Dla wielu ludzi z zewnątrz to było niezrozumiałe. Dla niego – oczywiste. Problem polega na tym, że organizm i szczęście mają swoje limity.

2017: moment, który zmienił wszystko

Po mistrzowskim sezonie 2010 Tomasz Gollob pozostawał w światowej czołówce, a jego przygoda z cyklem SGP dobiegła końca po kampanii 2013, którą przedwcześnie skończył przez złamanie obojczyka, jakiego doznał podczas turnieju o Grand Prix Skandynawii w Sztokholmie.

23 kwietnia 2017 roku „Chudy” wsiadł na motocykl crossowy na torze w Chełmnie. To miał być tylko trening przed meczem jego GKM-u Grudziądz ze Stalą Gorzów. Ostatnie okrążenie w celu poprawienia czasu. Nic specjalnego. A jednak to właśnie wtedy wydarzyło się coś, co zakończyło jedną z największych karier w historii polskiego sportu.

W pewnym momencie Tomek stracił panowanie nad motocyklem i z ogromną siłą uderzył w ziemię. Diagnoza była brutalna: poważne uszkodzenie rdzenia kręgowego. W jednej sekundzie wszystko, co budował przez dekady, przestało mieć znaczenie. Zawodnik, który przez całe życie kontrolował prędkość i ryzyko, nagle znalazł się w sytuacji, w której nie kontrolował niczego.

– Mijałem zawodnika, który jechał moim torem, co spowolniło moją szybkość – opowiada w dokumencie „Czas”, zrealizowanym przez Canal+. – To był moment, że pomyślałem, że to nie ma sensu, bo nie nadrobię tego czasu. Po czym go wyprzedziłem. To był dokładnie skok przed zakrętem. Dodałem jeszcze gazu, przyśpieszyłem. Wjechałem na odcinek, który tak naprawdę był dla mnie obcy, bo przejechałem tam może z pięć razy. A to było trochę za mało, no i… stało się.

Lekarze nie pozostawiali złudzeń. Uraz był jednym z najcięższych, jakie mogą spotkać człowieka. Walka nie toczyła się już o powrót na tor, tylko o podstawowe funkcje organizmu.

Paradoks polegał na tym, że Gollob wielokrotnie wychodził cało z sytuacji, które wydawały się znacznie bardziej niebezpieczne. Wypadki na torach żużlowych, katastrofa lotnicza, dziesiątki upadków przy ogromnych prędkościach. A jednak to nie one go zatrzymały. Zatrzymał go moment, który miał być tylko kolejnym treningiem.

W motosporcie często mówi się o kontroli. O przygotowaniu. O doświadczeniu. Ale są sytuacje, które wyłamują się wszelkim schematom. I właśnie taka była ta.

Po karierze: życie po tragedii i walka z bólem

Pierwsze miesiące po wypadku były dla Tomasza Golloba brutalnym zderzeniem z rzeczywistością. Diagnozy lekarzy nie napawały optymizmem, a ból – jak sam legendarny żużlowiec przyznawał – przekraczał wszystko, czego doświadczył przez całą karierę.

– Bóle, jakie mi towarzyszą, są nie do ogarnięcia dla człowieka – mówił w wywiadzie dla „Przeglądu Sportowego”. – Są potworne, przeszywające, rażące jak porażenie elektryczne. Tak wielkie, że nie jestem w stanie tego opisać. To rodzaj bólów neuropatycznych, niepozwalających mi funkcjonować, rehabilitować się po wypadku, a w nocy spać. Noce są najgorsze, trudne do przeżycia. Każdy ruch kołdry poraża do omdlenia… Po zmiażdżeniu dwóch kręgów – szóstego i siódmego – doznałem paraliżu poniżej piersi. Jedni doznają paraliżu wiotkiego, a ja spastycznego. Oznacza to, że moje mięśnie wariują, robią co chcą i kiedy chcą. Np. mięśnie brzucha naprężają się, przez co staje się on twardy jak z betonu i trwa to wiele godzin. Podobnie z nogami.

Te słowa nie brzmią jak standardowy opis stanu zdrowia. To opis nowego życia. Tomasz Gollob bardzo szybko zrozumiał, że nie może zostać w szpitalu na zawsze. Że jeśli ma odzyskać choć część sprawności, musi próbować wszystkiego, w tym przeróżnych terapii eksperymentalnych.

To nie była już walka o powrót do sportu. To była walka o normalność. Problem polegał na tym, że normalność po takim urazie nie istnieje w klasycznym sensie. Codzienność Golloba to przewlekły ból, spastyczność mięśni oraz infekcje, które potrafią w kilka dni zniweczyć tygodnie pracy.

– Mam obniżoną odporność, a każda najdrobniejsza infekcja kończy się 40-stopniową gorączką – wyznał w marcu 2025 roku w rozmowie z „WP SportoweFakty”. – Trudno to opanować i dlatego muszę być pod stałą opieką lekarzy. Nawet najdrobniejsza infekcja paraliżuje moje życie i uniemożliwia normalne funkcjonowanie.

A jednak pozostał przy żużlu m.in. jako ekspert i komentator – ktoś, kto nadal żyje tym sportem, choć już z zupełnie innej perspektywy. To nie jest przypadek. To raczej konsekwencja całego życia podporządkowanego speedwayowi.

Bo Tomasz Gollob tak naprawdę nigdy nie znał innego świata. I nawet jeśli dziś nie może już jeździć, to nadal funkcjonuje w tej samej przestrzeni. Rehabilitacja stała się jego nowym sezonem żużlowym – prowadzona według kalendarza i bez gwarancji wyniku.

Czasem pojawia się nadzieja. Moment, w którym udaje się stanąć przy pomocy specjalistycznego sprzętu, zrobić kilka kroków i poczuć coś więcej niż tylko ból.

– Chciałbym stanąć o kulach, a poza tym przejechać się na motocyklu. To byłoby dla mnie coś fantastycznego i budującego – mówi.

Tomasz Gollob podczas wyścigu Grand Prix Wielkiej Brytanii w Cardiff w 2001 roku na torze żużlowym
Tomasz Gollob podczas Grand Prix Wielkiej Brytanii (2001) – okres, w którym należał już do ścisłej światowej czołówki

Dziedzictwo: legenda, która nie jest jednoznaczna

W sporcie najprościej zapamiętuje się liczby. Tytuły. Medale. Rekordy. Ale w przypadku Tomasza Golloba to nie one są najważniejsze. Bo jego znaczenie wykracza poza statystyki.

Był jednym z pierwszych Polaków, którzy nie tylko pojawili się w światowej elicie żużla, ale zaczęli ją współtworzyć. Gdy Polska dopiero budowała swoją pozycję w tym sporcie, Gollob był jego twarzą – zawodnikiem, który pokazywał, że Polak może rywalizować z najlepszymi i nie musi się nikogo bać.

Jako filar reprezentacji poprowadził nasz kraj do triumfu w DMŚ w 1996 roku, a potem współtworzył erę dominacji Biało-Czerwonych w Drużynowym Pucharze Świata, którzy z nim w składzie wygrywali te zmagania w latach 2005, 2007, 2009, 2010 i 2011.

Dziś to brzmi jak oczywistość, ale wtedy to nie było takie oczywiste. Jednak jego wpływ nie ograniczał się do samych wyników. Gollob zmienił też sposób, w jaki myśli się o żużlu w Polsce. Profesjonalizm, przygotowanie sprzętowe, podejście do treningu – podniósł poprzeczkę dla wszystkich.

I to widać do dziś. Kolejne pokolenia zawodników – z Bartoszem Zmarzlikiem na czele – wchodzą na poziom, który kiedyś wydawał się nieosiągalny. I robią to w świecie, który Tomasz współtworzył.

Ale jest też druga strona medalu. Nie był sportowcem, którego wszyscy kochali. Nie był też takim, którego łatwo jednoznacznie ocenić. Dla jednych – geniusz i symbol epoki. Dla innych – zawodnik trudny, momentami zbyt impulsywny, czasem „za bardzo kombinujący”, jak twierdzi Nicki Pedersen, wskazując że „Chudy” potrafił komplikować rzeczy, które w żużlu są proste.

W życiu Tomasza Golloba mamy wszystko: sukces, frustrację, upór, błędy, ryzyko i cenę, jaką trzeba zapłacić za balansowanie na krawędzi. On sam kiedyś powiedział: „oddałem serce dla żużla” i trudno o lepszą puentę tej historii.

Tomasz Gollob – najważniejsze informacje

  • Pełne imię i nazwisko: Tomasz Robert Gollob
  • Pseudonim: Chudy
  • Narodowość: Polska
  • Data urodzenia: 11 kwietnia 1971 roku
  • Wiek: 55 lat
  • Dyscyplina: żużel
  • Kluby w Polsce: Polonia Bydgoszcz, Wybrzeże Gdańsk, Unia Tarnów, KS Toruń, GKM Grudziądz
  • IMŚ: złoto (2010), srebro 2x (1999, 2009), brąz 4x (1997, 1998, 2001, 2008)
  • Wygrane rundy SGP: 22
  • DMŚ i DPŚ: złoto 6x (1996, 2005, 2007, 2009, 2010, 2011), srebro 3x (1994, 1997, 2008)
  • IMP: złoto 8x (1992, 1993, 1994, 1995, 2001, 2002, 2006, 2009), srebro 5x (1998, 1999, 2003, 2005, 2007), brąz 3x (1989, 1990, 1997)
  • Złoty Kask: 7x (1992, 1994, 1995, 1997, 2000, 2002, 2006)
  • DMP: złoto 7x (1992, 1997, 1998, 2000, 2002, 2004, 2005), srebro 3x (1993, 2012, 2013), brąz 6x (1988, 1990, 1995, 2001, 2003, 2011)
  • MPPK: złoto 11x (1990, 1991, 1993, 1994, 1995, 1996, 1997, 1999, 2000, 2002, 2007), srebro 4x (1992, 1998, 2001, 2004)

Tomasz Gollob – najczęściej zadawane pytania

Kim jest Tomasz Gollob?

Tomasz Gollob to jeden z najwybitniejszych żużlowców w historii polskiego i światowego speedwaya. IMŚ z 2010 roku, wielokrotny medalista mistrzostw świata i przez lata absolutna gwiazda cyklu Speedway Grand Prix.

Ile razy Tomasz Gollob był indywidualnym mistrzem świata?

Tomasz Gollob zdobył jeden tytuł indywidualnego mistrza świata – w sezonie 2010. Wcześniej wielokrotnie był blisko, sięgając po srebro (1999 i 2009) oraz brąz (1997, 1998, 2001 i 2008).

To właśnie ta długa pogoń za złotem była jednym z najważniejszych motywów jego kariery.

Dlaczego Tomasz Gollob tak długo czekał na tytuł IMŚ?

Choć przez lata należał do ścisłej światowej czołówki, brakowało mu:

  • stabilności w całym sezonie,
  • szczęścia (np. kontuzja w 1999 roku),
  • czasem chłodnej kalkulacji.

Wielokrotnie był o krok od sukcesu, ale dopiero w wieku 39 lat złożył wszystko w jedną całość.

Ile rund Speedway Grand Prix wygrał Tomasz Gollob?

W całej karierze wygrał 22 turnieje Speedway Grand Prix, co czyni go jednym z najbardziej utytułowanych zawodników w historii cyklu.

Kiedy Tomasz Gollob zadebiutował w polskiej lidze?

Zadebiutował w 1988 roku w barwach Polonii Bydgoszcz, mając 17 lat. Pierwszy występ nie był spektakularny, ale był początkiem jednej z najdłuższych i najbardziej imponujących karier w polskim żużlu.

Jak wyglądała jego kariera w polskiej lidze?

Tomasz Gollob przez lata był dominującą postacią na krajowym podwórku. Jego kluby to:

  • Polonia Bydgoszcz (1988, 1990-2003),
  • Wybrzeże Gdańsk (1989),
  • Unia Tarnów (2004-2007),
  • Stal Gorzów (2008-2012),
  • KS Toruń (2013-2014),
  • GKM Grudziądz (2015-2016).

Był zawodnikiem, wokół którego budowano drużyny i który przyciągał kibiców na stadiony.

Ile razy Tomasz Gollob wygrał IMP?

Zdobył 8 tytułów indywidualnego mistrza Polski, co czyni go najbardziej utytułowanym zawodnikiem w historii tych zmagań.

Jakie sukcesy odniósł w reprezentacji Polski?

Był filarem reprezentacji, z którą:

  • zdobył złoto Drużynowych Mistrzostw Świata w 1996 roku,
  • wygrywał Drużynowy Puchar Świata w latach 2005, 2007, 2009, 2010 i 2011.

Pomógł zbudować pozycję Polski jako potęgi w światowym żużlu.

Czy Tomasz Gollob miał konflikty na torze?

Tak – bywał zawodnikiem agresywnym i bezkompromisowym. Najgłośniejszy incydent to sytuacja z 1995 roku, gdy po starciu na torze Craig Boyce uderzył go w twarz.

Czy Tomasz Gollob był lubiany w środowisku?

Nie zawsze, bo:

  • trzymał się na uboczu,
  • nie budował relacji towarzyskich,
  • skupiał się wyłącznie na wyniku.

Dla jednych był profesjonalistą do bólu, a dla innych trudnym i konfliktowym zawodnikiem.

Co wydarzyło się w 2017 roku?

23 kwietnia 2017 roku podczas treningu motocrossowego w Chełmnie Tomasz Gollob uległ poważnemu wypadkowi. Doznał ciężkiego urazu rdzenia kręgowego, który zakończył jego karierę sportową.

Dlaczego Tomasz Gollob jest tak ważny dla polskiego żużla?

Bo jako pierwszy Polak regularnie walczył o indywidualne mistrzostwo świata, wygrywał na poziomie globalnym i podniósł standard profesjonalizmu.

W ten sposób stał się głównym punktem odniesienia dla kolejnych pokoleń polskich zawodników.

Czy Tomasz Gollob wrócił do zdrowia po wypadku motocrossowym?

Nie w pełni. Porusza się na wózku i nadal zmaga się z powikłaniami po urazie, choć podejmuje intensywną rehabilitację i walkę o poprawę sprawności.

Czy Tomasz Gollob nadal jest związany z żużlem?

Tak. Po zakończeniu kariery pracuje m.in jako ekspert telewizyjny i komentator.

Foto: alamy.com

Ziemowit Ochapski

Warto przeczytać: