Spis treści
Data publikacji: 22 maja 2025, ostatnia aktualizacja: 24 maja 2025.
Zbigniew Boniek jako piłkarz potrafił porywać tłumy. Jako działacz i były prezes PZPN sprawia, że trudno przejść obok niego obojętnie. Jedno jest pewne: w historii polskiego futbolu jego nazwisko zapisane jest złotymi literami, a on sam pozostaje jednym z najbardziej rozpoznawalnych i barwnych ambasadorów naszego futbolu na świecie.
Nominalnie był pomocnikiem, ale równie dobrze spisywał się na skrzydle czy nawet jako napastnik. Słynął z niesamowitego przyspieszenia, dobrego dryblingu i potrafił zaskoczyć przeciwnika „z niczego”. Na boisku był genialny, lecz przy tym nieco niezdyscyplinowany taktycznie. Jego znakiem rozpoznawczym jest charakterystyczny wąs. Krytycy narzekają, że miewał mecze, w których znikał, ale fani ripostują, że stawał się widoczny wtedy, kiedy był najbardziej potrzebny. Lubił błysnąć w kluczowym momencie i wielokrotnie ratował wynik precyzyjnym strzałem w ostatnich minutach. W 1982 roku zajął trzecie miejsce w plebiscycie Złotej Piłki.
Futbolowa krew z Bydgoszczy
Zbigniew Kazimierz Boniek przyszedł na świat 3 marca 1956 roku w Bydgoszczy, w rodzinie oddychającej futbolem. Jego tata, Józef, też był zawodowym piłkarzem i później trenerem, więc nie ma co się dziwić, że młody Zbyszek szybko połknął bakcyla. Wychował się w Zawiszy Bydgoszcz, gdzie przeszedł piłkarskie przedszkole i pokazał, że w jego żyłach płynie futbolowa krew. Następnie trafił do Widzewa Łódź, z którym to klubem postawił pierwszy krok ku wielkiej scenie.
– Powiedzieć o mnie „żywe srebro” to za mało – opowiada w wywiadzie dla „Wysokich Obcasów”. – Po lekcjach szybko odrabiałem, co miałem zadane, i już mnie w domu nie widzieli. A na podwórku najlepszą zabawą było łapanie się naczepy jadącej ciężarówki. Robiliśmy w tym mistrzostwa – wygrał je ten, komu udawało się przejechać najdłuższy dystans. Byłem dobry, udawało mi się utrzymać nawet 300 m. Do czasu, aż zobaczył mnie ojciec. Jak tylko wszedłem do domu, dostałem kilka razy w głowę i po tyłku. Nawet się nie buntowałem, bo wiedziałem, że zasłużyłem. Zresztą mieszkanie było małe, nawet nie miałem gdzie uciekać.
Jego szybkość, brak pokory i niemałe umiejętności przykuły uwagę kibiców oraz zagranicznych skautów. Nazwisko Bońka coraz częściej pojawiało się w kontekście wyjazdu na Zachód, co w tamtych czasach dla polskich piłkarzy nie było tak oczywiste i proste. A jednak w 1982 roku, po wywalczeniu z Widzewem dwóch z rzędu tytułów mistrza Polski, sen się spełnił – „Zibi” przeniósł się do Włoch, do słynnego Juventusu.
– Byłem zawodnikiem już w Europie znanym. Juventus interesował się mną od połowy 1981 roku, ale propozycje przejścia do któregoś z zagranicznych klubów miałem już wieku 24, a nawet 23 lat – tłumaczy, cytowany przez serwis transfery.info. – Jedną rzecz sobie jednak założyłem – do ukończenia 26. roku życia gram w Polsce. Chciałem skończyć studia, konkretnie AWF. Zapewnienie wykształcenia było dla mnie bardzo ważne, ponieważ nie miałem pojęcia, jak może ułożyć się kariera po wyjeździe z kraju. Był rzeczywiście przepis, który mówił, że można wyjeżdżać dopiero po trzydziestce. Jeśli jednak był wtedy klub, który chciał kupić zawodnika w wieku 26-28 lat i dałby dużo pieniędzy, to polskiego sportu nie było wówczas stać na to, by z tych pieniędzy rezygnować.

Przygoda w Italii
Transfer do Starej Damy był sportowym trzęsieniem ziemi. Już w pierwszym sezonie na Półwyspie Apenińskim Polak wygrał Coppa Italia i dołożył drugie miejsce w Serie A oraz występ w finale Pucharu Europy. Rok później zgarnął wraz z kolegami mistrzostwo Włoch i Puchar Zdobywców Pucharów. To właśnie Boniek w wygranym 2:1 finale z FC Porto strzelił decydującego gola.
Dodajmy do tego Superpuchar Europy i wreszcie najbardziej prestiżowy skalp – Puchar Europy, czyli dzisiejszą Ligę Mistrzów, gdy 29 maja 1985 roku Juventus pokonał w Brukseli 1:0 Liverpool. Niestety zwycięstwo Bianconerich zostało przyćmione przez tragedię na stadionie Heysel.
„Zibi” w Juve stworzył niezwykły duet z Michelem Platinim. Sam Diego Maradona miał powiedzieć, że Boniek należy do największych tuzów tamtego pokolenia. Prezes Juventusu Gianni Agnelli ochrzcił reprezentanta Biało-Czerwonych mianem „Bello di notte”, ponieważ w rozgrywanych wieczorem meczach w europejskich pucharach Polak grał wybitnie.
– W sporcie zespołowym ważna jest umiejętność podejmowania prawidłowych decyzji, świadomych wyborów, umiejętności istnienia w grupie – zauważa w wywiadzie dla „Przeglądu Sportowego”. – Nim wyjechałem do Włoch, przez trzy miesiące uczyłem się języka i znałem podstawy: „Jestem Polakiem”, „podaj”, „prawo”, „lewo” itd. Pierwszego dnia po przyjeździe do Italii od razu jechaliśmy z Juventusem na zgrupowanie. Wieczorem, po kolacji, Michel Platini postawił drużynie „kolejkę”, a potem się przedstawił. Na drugi dzień była moja kolej. W restauracji poprosiłem o tort z napisem po włosku: „Jestem szczęśliwy, że jestem z wami”. Po kolacji stanąłem na krześle na środku sali, stoły były ustawione w podkowę, i poprosiłem, żeby nie śmiali się z mojego włoskiego, a następnie odczytałem krótką przemowę: „Nie przyjechałem tutaj po to, by zebrać od was autografy, ale pomóc wygrywać mecze i trofea”. Tak się zaczęło.
Latem 1985 roku Boniek przeniósł się do AS Romy, gdzie wkrótce zdobył swój drugi Puchar Włoch. Stopniowo zbliżał się do piłkarskiej emerytury, którą ostatecznie ogłosił w 1988 roku. Z biegiem lat jego szybkość nieco przygasła, więc zdarzało mu się grać nawet jako libero. W ten sposób pokazywał, że zmysłu taktycznego i boiskowej inteligencji również mu nie brakowało.

Lider, selekcjoner i prezes PZPN-u
Z orzełkiem na piersi rozegrał 80 spotkań, zdobywając 24 bramki. Aż trzy razy brał udział w mistrzostwach świata: w 1978, 1982 i 1986 roku. Najwspanialszy moment? Bez wątpienia mundial w Hiszpanii A.D. 1982, gdy dołożył cegiełkę (a właściwie to całą ścianę) do zdobycia trzeciego miejsca przez Polskę. Strzelił cztery gole, w tym hat-tricka w starciu z Belgią i trafił do jedenastki turnieju. Niestety w półfinale zabrakło go z powodu kartek.
Po zawieszeniu butów na kołku „Zibi” próbował swoich sił na ławkach trenerskich we Włoszech (Lecce, Bari, Sambenedettese i Avellino), a w 2002 roku objął nawet reprezentację Polski. Z kadrą rozstał się dość szybko – po pięciu meczach i bolesnej wpadce 0:1 z Łotwą.
Później zajął się biznesem, a także został ekspertem i komentatorem w telewizji. Nie brakowało plotek, że obejmie stanowisko ministra sportu, choć jasno dawał do zrozumienia, że nie ma takiej ochoty. W 2012 roku został prezesem Polskiego Związku Piłki Nożnej, a jego kadencje trwały łącznie niemal dziesięć lat. Obecnie pełni funkcję wiceprezydenta UEFA, co czyni go jedną z najważniejszych postaci europejskiej piłki.
– Pod względem finansowym jest bardzo dobrze – podsumował swoją prezesurę w PZPN podczas sprawozdania zarządu. – Kiedy dziewięć lat temu stawałem przed wami, wybraliście mnie na prezesa z bagażem kulturalnym. Byłem człowiekiem, który coś dla piłki zrobił. Tylko wydaje się, że jest to prosta funkcja. Trzeba łączyć koncepcje i założenia. Dzięki pracy zarządu PZPN oraz mojemu zaangażowaniu wychodzę dumny i szczęśliwy, że zostawiam związek w bardzo dobrej sytuacji. Każdy może mu zazdrościć: mamy zdefiniowaną naszą piłkę i rozgrywki, nasze programy. Dziękuję wszystkim pracownikom, członkom zarządu PZPN. Wydaje mi się, że ten skok i znak jakościowy jest ogromny. Moglibyśmy mówić o naszej fundacji, pomocy zawodnikom, literaturze, którą wydaliśmy. To zostanie w pamięci wszystkich, ale dziś jesteśmy w tej sytuacji, że liczymy na nowe rozdanie. Nie wiem, jak to się skończy, ale zróbcie wszystko, bym nie musiał za cztery lata wracać.

Legenda, która inspiruje do dziś
W 1976 roku Zbigniew Boniek wziął ślub z Wiesławą, romanistką, z którą doczekał się trójki dzieci. Mieszkają w Rzymie i jak sam wspomina, dzięki żonie mógł nie tylko cieszyć się z sukcesów sportowych, ale i mieć normalny dom na co dzień. Nigdy nie ukrywał, że potrzebował stabilizacji poza boiskiem, żeby na murawie być sobą. Z wykształcenia jest nauczycielem wychowania fizycznego, a dyplom zdobył jeszcze w trakcie kariery.
Mimo że nie gra zawodowo już ponad trzydziestu lat, „Zibi” do dziś jest niesamowicie popularny. Były honduraski piłkarz Óscar Boniek García nosi imię na jego cześć, podobnie jak były futbolista z Gwinei-Bissau – Boniek Forbes.
Na przestrzeni lat Polak doczekał się też wielu innych dowodów uznania, a w 2004 roku sam Pelé umieścił go w gronie 125 najlepszych żyjących piłkarzy.
Foto: gettyimages.com
- Jana Novotná. Najpiękniejsze triumfy rodzą się z bólu - 15 listopada 2025
- Peter Prevc. Sportowiec, dla którego sukces to coś więcej niż medale - 10 listopada 2025
- Erik Gundersen. Mistrz, który nigdy się nie poddał - 8 listopada 2025



